wtorek, 13 marca 2018

Hollywood - Charles Bukowski

Stało się tak jak wcześniej pisałam. Przeczytałam wspaniałą książkę „Papusza” Angeliki Kuźniak po czym ruszyłam z Henrym na wycieczkę do Hollywood. Było wybornie, uśmiałam się do łez, melancholijnie zamyśliłam nad marnością ludzkiej egzystencji, wypiłam hektolitry alkoholu i poznałam dziwne zwyczaje filmowego świata. Tę literacką wycieczkę bezsprzecznie zaliczam do udanych. A było to tak… 

Henry znany już pisarz i poeta dostał propozycję napisania scenariusza. Dał się wciągnąć to przedsięwzięcie. O czym miałby być film? Pytanie nie na miejscu. Film oczywiście opowiadał o alkoholiku, całymi dniami przesiadującymi w barze. Były bójki z barmanem, z których pijany mężczyzna wychodził cało tylko i wyłącznie za sprawą wypitego w ilości hurtowej alkoholu. Pod postacią ćmy barowej kryje się nikt inny jak Bukowski z lat młodości. W barze poznał pewną kobietę, która później stała się bardzo ważną postacią w jego niełatwym życiu. 

Ale zanim można było obejrzeć gotowy film trzeba było wykazać się anielską cierpliwością. Tu sponsorzy się wycofują, tam przerywają zdjęcia, aktorzy nie chcą grać a jeżeli już ich myśli powrócą na właściwe tory i zdecydują się grać, absolutnie nie trzymają się scenariusza. Bo i po co? Później bankiety, na których można spotkać tłumy próbujących pozostać sobą nieszczęśliwców tego świata. Bukowski bierze pod lupę specyficzne środowisko, jakim są ludzie pracujący przy produkcjach filmowych. Bezlitośnie, z niesamowitym humorek ukazuje ich wszystkie niegodziwości, tj. hipokryzję, chciwość, zakłamanie, przekonanie o swej wyższości i wiele, wiele więcej! 
Absurd, farsa, ludzkie kaprysy, trafne spostrzeżenia to wszystko sprawiło, że książkę czyta się niewymownie przyjemnie. 

Hollywood podobało mi się zdecydowanie bardziej niż „Kobiety”. Ta książka jest żywsza, barwniejsza, ma w sobie wszystko za co prozę Bukowskiego lubimy (lub nie  ). Świetne dialogi, odważne opisy ludzkich wad i zalet. No i fragmenty dotyczące tego, co daje autorowi pisanie poezji. Coś pięknego…
Chciałoby się napisać, że powieść genialna. Jednak Bukowski nie byłby zadowolony, ponieważ twierdzi, że ludzkość nadużywa dwóch słów: „miłość” i „gelnialny”. Dlatego więc, aby nie denerwować w zaświatach amerykańskiego pisarza napiszę po prostu tak: książka ma w sobie wszystko, co sprawia, że warto po nią sięgnąć i zaliczyć ją do dobrej literatury. 
A me plany dotyczące obcowania z literaturą i dziesiątą muzą wyglądają następująco: teraz wezmę się za zbiór opowiadań Huberta Klimko-Dobrzanieckiego pt. „Pornogarmażerka”. Wieczorem obejrzę film „Ćma barowa” (reż. Barbet Schroeder), do którego scenariusz napisał Charles Bukowski, a historię powstawania tego filmu poznałam w powyższej książce. Gdy się już zmierzę z moim ulubionym polskim pisarzem, biorę się za „Najpiękniejszą dziewczynę w mieście”. Jak się cieszę, że zostało mi jeszcze kilka książek Bukowskiego do przeczytania. Czekają mnie bardzo upojne popołudnia i wieczory…

poniedziałek, 20 listopada 2017

Z góry widać tylko nic - mocna rzecz o namiętnościach

 Pamiętam, gdy będąc jeszcze dzieckiem wspólnie z Tatą oglądaliśmy telewizję po godzinie dalekiej od Dobranocki. Na ekranie pojawiło się czarne tło, a na nim czerwone napisy.
- Idź już spać...
- Tato, ale film się zaczyna 
- To nie są filmy dla ciebie...
- Ale dlaczego? 
- Bo filmy z czerwonymi napisami nie są dla dzieci
Nie chcąc dłużej dyskutować udałam się do swojego pokoju, zastanawiając się, o co chodziło Tacie. Dopiero po paru latach przekonam się, co się kryje w filmach "Z CZERWONYMI NAPISAMI". Morderstwa, krwawe zbrodnie, alkohol, narkotyki albo śmiałe sceny łóżkowe. W książce z czerwonym tytułem nie mogło tej mieszanki zabraknąć ;-)
Nasz główny bohater, niczym nie wyróżniający się szary pracownik korporacji, Strawiński nieźle potrafi zaleźć za skórę swojemu przełożonemu. Mężczyzna śpi w pracy, popija litry wina, które rzekomo przypisał mu lekarz. Prezes mógłby śmiało zwolnić Strawińskiego, któremu zawsze udaje się przekonać szefa, aby tego nie robił. W jaki sposób mu się to udaje? Otóż nasz szary, pospolity biurokrata posiada niezwykły dar opowiadania.
"Z góry widać tylko nic" to książka, w której autor pisze o ludzkich namiętnościach ich zgubnych skutkach, dramatach i trudnych wyborach. Historie bohaterów są po mistrzowsku reaktywowanymi baśniami, które wszyscy dobrze znamy. Z tą jednak różnicą, że u Borowika zła wiedźma jest gotowa zabić księżniczkę gołymi rękami, zaś Królewna Śnieżka i jej Krasnoludki żyją z dnia na dzień na squacie.
Arek Borowik zachwycił mnie z wielu powodów. Po pierwsze styl i język, którym książka została napisana sprawiają, że nie sposób się od niej oderwać. Po drugie przedstawione w niej losy bohaterów poruszają do szpiku kości i ściskają za gardło. 

Jest to jedna z lepszych przeczytanych przeze mnie powieści tego roku. Gorąco polecam wszystkim, którzy potrzebują potężnej dawki dobrej polskiej literatury. Takiej... z czerwonymi napisami ;-) 

środa, 19 lipca 2017

Niewidzialny


Powieść wpadła w moje ręce zupełnie przez przypadek. Kupiła mi ją Mama podczas jednej z wypraw do kiosku, kiedy to kupowała kolejne książki do zbieranych przez nas serii. 

Po przeczytaniu opisu na odwrocie wiedziałam, że na pewno będzie to wciągająca historia łącząca w sobie cechy powieści obyczajowo-psychologicznej oraz dobrego skandynawskiego kryminału. Nie zawiodłam się... 

Akcja "Niewidzialnego" autorstwa Mari Jungstedt, nazywanej królową szwedzkiego kryminału, rozgrywa się na Gotlandii, która zachwyca czytelnika swoją tajemniczością i malowniczością. Pewnego czerwcowego poranka na plaży zostaje znalezione ciało kobiety zamordowanej w brutalny sposób. Podejrzenia padają na jej konkubenta, z którym to poprzedniego dnia doszło do bardzo burzliwej kłótni. Po niedługim czasie giną kolejne kobiety. Policja musi jak najszybciej schwytać mordercę, aby nie doszło do następnych zbrodni. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Oprócz stróżów prawa zagadkę próbuje rozwikłać Johan, dziennikarz lokalnych mediów. 

"Niewidzialny" wciąga czytelnika od pierwszej strony i nie pozwala skupić się na niczym innym poza lekturą. Mari Jungstedt w wyjątkowy sposób łączy ze sobą wątki kryminalne oraz miłosne rozterki bohaterów. Nie jest to może literatura tzw. "wysokich lotów" nie mniej jednak warto się zapoznać z powyższą powieścią. Sama z niecierpliwością czekam na kolejne powieści o przygodach komisarza Andersa Knutasa i błyskotliwego dziennikarza Johana Berga.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Poza mną

Od dłuższego czasu na mojej półce czekała na mnie książka Grażyny  Szapołowskiej "Poza mną". Zerknąwszy na okładkę i kilka fotografii autorki w środku byłam przekonana, że będzie to biografia lub wywiad. Jednak kiedy zapoznałam się z treścią na odwrocie okazało się, że będą to opowiadania. Byłam trochę zdziwiona, ale jednocześnie zaciekawiona ową pozycją. 

Grażyna Szapołowska zabiera nas w podróż po świecie, odwiedzimy Warszawę, Delhi, Stany Zjednoczone, Włochy i wiele innych zakamarków świata. Tam poznamy bohaterów, którym zdrada, miłość, namiętność i przyjaźń nie są obce. Autorka w bardzo obrazowy sposób opisuje rozterki ludzi, co sprawia, że czytelnik staje się jakby uczestnikiem wydarzeń. Na dwóch stronach dostajemy piękny opis ludzkich emocji, przeżyć i doznań. Ponadto Grażyna Szapołowska opisuje swoje własne przeżycia, swojego roztrzepanego szofera oraz ciekawostki z planu filmowego.
 
Opowiadania opublikowane w "Poza mną" zazwyczaj poruszają trudne tematy, jak na przykład zdrada małżeńska, pozostawienie dzieci, choć niektóre są bardziej proste i błahe jak na przykład historia o przyjaźni mężczyzny ze swoim nowofunlandem Amorą. 
Grażynie Szapołowskiej należy się wielki szacunek, bo oprócz tego, że jest świetną aktorką, potrafiła znaleźć się w roli pisarki i wyszło jej to na bardzo dobrym poziomie. Myślę, że wielu młodych twórców śmiało może uczyć się od niej jak pisać, aby poruszyć czytelnika i na łamach swoich książek tworzyć poruszające i szczere historie. 
Bardzo chętnie sięgnę, po jej inne pozycje, choćby po to, aby przekonać się czy są równie dobre jak "Poza mną" .
Szczerze i gorąco polecam.

niedziela, 26 marca 2017

Melanże z Żyletką


Ostatnimi czasy czytanie zeszło na drugi plan i ciężko mi było się skupić na tym, co czytam. Jodi Picoult i jej "To, co zostało" zajęło mi całe dwa tygodnie (!). W moje ręce trafiła książka pod tytułem "Melanże z Żyletką" autorstwa Łukasza Gołębiewskiego. Tym razem poszło gładko, połknęłam ją w jeden wieczór. Pisarz jest już mi znany, ponieważ mam na swoim koncie "Xenna moja miłość" oraz "Bomba w windzie". "Melanże..." okazały się jednak najlepsze i bezkonkurencyjne. 

W powieści poznajemy trzydziestoczteroletniego Bezimiennego pisarza alkoholika, który przygarnia pod swój dach dziewiętnastoletnią dziewczynę, Zuzkę, którą nazywa Żyletką, ponieważ ta okalecza się namiętnie i to całkiem bez powodu. Czas mija parze, choć to chyba nie najlepsze określenie, bo ciężko nazwać tę toksyczną relację dwojga ludzi, którzy stają się sobie bliscy poprzez wspólne picie do upadłego i seks, stały element ich istnienia. W książce pojawiają się koledzy pisarza, oraz zakochany bez pamięci w Zuzce, Karolek.
Paczki papierosów, butelki bolsa, oraz setki puszek piw znikają w mgnieniu oka, mieszkanie, które niegdyś można uznać za spore i ładne z dnia na dzień przeradza się w melinę. Wszędzie walają się pety, puste butelki, a na ścianach widnieją zacieki z wina. 

Z czasem dziewczyna przestaje się okaleczać i zaczyna darzyć uczuciem pisarza, ten jednak jest wobec Zuzki obojętny, mało tego chwilami miewa jej dosyć i często wyjeżdża, co jest dla niego swego rodzaju ucieczką. Podczas wyjazdów mężczyzna pije w samotności, próbując pracować nad powieścią, jednak jego starania nie przynoszą zadowalających efektów.

"Melanże z Żyletką" są dla mnie najlepszą książką Gołębiewskiego, które przeczytałam do tej pory. Autor wspaniale opisuje stadium emocjonalne pogubionej nastolatki, która nieudolnie poszukuje mężczyzny, który ją pokocha i zapewni poczucie bezpieczeństwa. W tej nasiąkniętej alkoholem i dymem papierosowym powieści wszystko dzieje się szybko i dynamicznie, co sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko. 
Zakończenie przeszło moje najśmielsze oczekiwania, było szokujące, niewiarygodne. Sprawiło, że mózg pracował na wyższych obrotach. 
Polecam "Melanże z Żyletką" bardzo gorąco, ponieważ to niebanalna opowieść o poszukiwaniu uczuć, ale także wierze w nadejście lepszego jutra, które niełatwo odnaleźć na ciężkim kacu.  

czwartek, 23 marca 2017

To, co zostało


To już moje drugie czytelnicze spotkanie z amerykańską pisarką Jodi Picoult. Po bardzo emocjonalnej książce pt. "Bez mojej zgody" sięgnęłam po "To, co zostało", która jak możemy wyczytać na okładce została uznana za "najbardziej poruszającą" książkę autorki. 

Jodi Picoult przenosi nas do małego miasteczka w Stanach Zjednoczonych, w którym wszyscy się znają. Poznajemy główną bohaterkę Sage Singer, pracującą w piekarni kierowanej przez nietuzinkową byłą zakonnicę, Mary. 
Częstym gościem piekarni jest Joseph Weber, nobliwy staruszek, były nauczyciel niemieckiego, bardzo ceniony przez lokalną społeczność. Z czasem Sage i Joseph się zaprzyjaźniają. Mężczyzna ma do kobiety nietypową prośbę. Prosi, aby ta pomogła mu umrzeć. Zszokowana Sage myśli, że staruszek zupełnie postradał zmysły. Okazuje się, że Weber podczas wojny był nazistą i przyczynił się do śmierci wielu ludzkich istnień. Jak się później okazuje babcia Sage była w obozie, w którym pracował Joseph.
Bohaterka nie wie, jak zareagować na tę zaskakującą prośbę, więc postanawia zgłosić sprawę do Biura Śledczego. Sprawą zajmuje się uroczy agent Leo. Między Sage a Leo rodzi się uczucie. Sprawy się komplikują ponieważ kobieta ma niezakończony związek z żonatym mężczyzną o imieniu Adam.

"To, co zostało" porywa czytelnika od pierwszych stron. Autorka w genialny sposób opisuje życie w Auschwitz i innych obozach na terenie naszego kraju. To pełna bóli, zrozumienia dla drugiego człowieka historia, którą zapamiętam przez długi czas. Bardzo cieszę się, że na mojej półce czekają kolejne 3 książki Jodi Picoult, która stała się jedną z moich ulubionych autorek. 
Polecam jej książki wszystkim, którzy od literatury oczekują niebanalnych, nieszablonowych opowieści, które chwytają nawet za najbardziej nieczułe serca .

niedziela, 19 lutego 2017

Bez mojej zgody

"Bez mojej zgody", czyli jedna z najbardziej znanych powieści Jodi Picoult trafiła w moje ręce przypadkiem. Tym razem z Tatem wybrałam się do kiosku Ruchu, aby wziąć kilka kuponów Lotto (kto wie, może coś z tego będzie). Moją uwagę zwróciła strasznie niska cena pozycji (7,99) za wydanie w twardej oprawie. Ponadto czytałam i słyszałam wiele pochlebnych opinii na jej temat.

Jest to jedna z nielicznych książek, po przeczytaniu której zdarzyło mi się uronić kilka łez. A było to tak...


Anna została "stworzona" po to, aby zapewnić zdrowie i życie swojej siostrze Kate, która od piątego roku życia choruje na ciężką białaczkę. Potrzebuje krwi, przeszczepu szpiku kostnego, ale z czasem również i nerki. Kate wiele dni spędza w pobliskim szpitalu, która można powiedzieć stał się jej drugim domem. Młodsza z sióstr (Anna) pewnego dnia postanawia sprzeciwić się woli rodziców i wnosi pozew o samodzielne decydowanie o swoim zdrowiu. Pomaga jej w tym detektyw Alexander Campbell, uroczy kawaler z jeszcze bardziej uroczym psem o imieniu Sędzia, który to podrywa Julię, kuratorkę Anny. 
Rodziców czeka niemała niespodzianka. Mają za złe córce, że ta nie chce podtrzymać na życiu swojej siostry Kate, nawet kosztem własnego zdrowia. 



To przepiękna historia, która wciąga czytelnika od pierwszej strony. Tak jak już wcześniej pisałam, po przeczytaniu zapłakałam, co mi się nad wyraz rzadko zdarza. To historia dziecka nieszczęśliwego, które próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi a jednocześnie książka jest próbą odpowiedzi na bardzo ważne pytanie: Kim jestem? 
Powieść została ciekawie skonstruowana, ponieważ każdy rozdział jest opisywany oczami jednego z bohaterów. To daje spojrzenie na problem z różnej perspektywy.


Po przeczytaniu zamierzam obejrzeć film, w którym zobaczymy m.in. Cameron Diaz. 


Serdecznie polecam powyższą lekturę, nawet tym, którzy nie przepadają za historiami, które zmuszają czytelników do łez. 
Bardzo chętnie sięgnę po inne tytuły autorki, na mojej półce już czeka kolejny tom serii pt. "To, co zostało"

czwartek, 24 listopada 2016

Chirurg

O autorce słyszałam już niejednokrotnie. Jeszcze, gdy pracowałam w księgarni spotkałam się z licznymi pytaniami o pozycje amerykańskiej królowej thrillerów medycznych. Często były one połączone z mocnymi pochwałami.

Będąc z mamą w kiosku, próbując szczęścia w Lotto, moją uwagę zwrócił powyższy tytuł oraz jego zaskakująco niska cena (7,99 zł).


Rzecz dzieje się we współczesnym Bostonie, gdzie dochodzi do serii brutalnych zabójstw. Morderca, nazywany przez miejską policję Chirurgiem, gwałci, wycina macicę a następnie pozbawia życia swoje ofiary.
Śledczy mają ogromny problem z uchwyceniem sprawcy. Dochodzenia prowadzą: Frost, Crowe, Marquette, Moore oraz jedyna kobieta w zespole Rizolli. 


Czas ucieka, a w Bostonie giną kolejne kobiety. Głównym celem mordercy jest doktor Catherine Cordell, która niespełna dwa lata wcześniej przeżyła napad Chirurga.

Policja nie może czekać, każda minuta ma ogromne znaczenie.


Tę powieść przeczytałam w dwa wieczory, ponieważ nie sposób się od niej oderwać.Każda strona trzyma czytelnika w napięciu i nie pozwala odłożyć lektury na później. Ponadto autorka umiejętnie łączy brutalny kryminał z wątkami obyczajowymi.
Polecam wszystkim miłośnikom gatunku oraz spragnionym dobrej książki na długie jesienne wieczory. 

wtorek, 15 listopada 2016

Sprawiedliwość owiec

Po dłuższym czytelniczym zastoju, nadszedł czas, że naszła mnie ogromna chęć na jakąś książkę. W moje ręce trafiła "Sprawiedliwość owiec" Leonie Swann. 

Autorka zabiera nas do prowincjowalnego miasteczka, w którym to owce mają wiele do powiedzenia i są mądrzejsze od niejednego człowieka.

Poznajemy pełną szczęścia krainę owiec, w której zostaje zamordowany pasterz Geogre. Zwierzęta w trosce o swoje bezpieczeństwo i życie postanawiają rozpocząć dochodzenia. 

Kto i dlaczego zabił starego i poczciwego pasterza, komu zależało na śmierci mężczyzny? Na te i wiele innych trudnych pytań odpowiedź nie jest jasna. Sprawy w swoje ręce biorą bystra Panna Marple, pogodna Chmurka, błyskotliwy Błękitny Wielorym i Sir Rifield, a także niczemu niewinne i bezbronne jagnięta. 
W miasteczku pojawiają się dziennikarze, policja, bezwzględny rzeźnik, spadkobiercy pasterza, dobre dusze, oraz te najczarniejsze, czyli wysłannicy Szatana. 

Ta porównywana przez krytyków do "Folwarku zwierzęcego" powieść urzekła mnie z wielu powodów. Po pierwsze w przepiękny sposób opisuje beztroskie życie owiec, ich sposób patrzenia na okrutnych ludzi. Autorka pokazuje nam mechanizm ludzkiego działania, jego chęć nienawiści i ludzkie słabości. 

Gorąco polecam "Sprawiedliwość owiec" wszystkim tym, którzy stęsknili się za literaturą na wysokim poziomie oraz tym, którzy szukają w książkach wytchnienia od spraw codziennych. Z wielką chęcią obejrzałabym ekranizację powieści, bo powieść jest znakomitym materiałem na scenariusz filmowy. 

sobota, 17 maja 2014

Tyrania wyboru

Miejską bibliotekę odwiedzam nader rzadko. Książki przeważnie kupuję, pożyczam od znajomych lub dostaję jako prezenty. Jednak ku mojemu zaskoczeniu zdarzyło się tak, że nie miałam pod ręką nic interesującego mnie do czytania. Dlatego też wybrałam się do biblioteki w mym rodzinnym mieście. Dosłownie w przeciągu minuty mój wzrok przykuła "Tyrania wyboru", która została umieszczona na półce z nowościami. Prosty tytuł, ciekawa okładka oraz dobrze mi znane wydawnictwo - Krytyka polityczna sprawiły, że pozycja znalazła się mych rękach.
Sama Renata Salecl nie była mi znana. Jak możemy wyczytać na odwrocie publikacji autorka jest filozofką, socjolożką i teoretyczną prawa pochodzącą ze Słowenii. To krótka notka o autorce w połączeniu z oszczędnym tytułem może odstraszyć od siebie niejednego czytelnika. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Tyrania wyboru to pełna powagi, oschłych analiz publikacja, podczas czytania której czytelnik zanudziłby się na śmierć. NIC BARDZIEJ MYLNEGO !
Autorka w błyskotliwy, pełen humoru sposób opisuje problemy związane z dokonywaniem wyborów, zarówno tych błahych, jak i tych arcypoważnych. Przyjrzymy się codziennym zakupom w supermarkecie a pani socjolog opisze nietypowe sytuacje ze swojego życia. Ze sklepu przeniesiemy się do zakładu pogrzebowego, gdzie po utracie bliskiej osoby będziemy musieli zdecydować się na trumnę, urnę. Którą wybrać? Dębową? Sosnową? Bogato zdobioną? A może prostą? Oraz najważniejsze... czy to w ogóle ma jakieś znaczenie? 

Renata Salecl w swojej wydanej w ubiegłym roku książce poszukuje odpowiedzi na pytania, dlaczego wybór wywołuje w nas lęk oraz na jakiej zasadzie dobieramy sobie drugą połowę. Będzie też rozdział poświęcony posiadaniu dzieci o dosyć odważnym tytule "Dzieci - mieć czy nie?". Zostaną przytoczone ciekawe przykłady z różnych krajów.
Autorka porusza tematy należące to tych określanych mianem ważnych, kluczowych, które mogą wpłynąć na całe nasze życie, jednak pisze o nich w sposób przystępny, zabawny, z lekkim przymrużeniem oka. Tyrania wyboru to wyśmienity esej, który pozwoli zrozumieć mechanizmy kierujące naszym codziennym życiem. Momentami czytałam książkę z pełną powagą i zadumą, po to by za chwilę szczerze się roześmiać.

Renata Salecl najbardziej urzekła mnie tym, że umiejętnie połączyła fakty, badania naukowe ze swoimi zabawnymi, szalenie trafnymi spostrzeżeniami. Mogę napisać, że podczas lektury zżyłam się z autorką w sposób, którego nie potrafię ubrać w słowa. Profesor z Lublany zapadnie mi w pamięć na długo. Z wielką chęcią przeczytałabym (Per)wersje miłości i nienawiści.
Ciekawi mnie tylko, czy znajdę te pozycję w bibliotece. Nie omieszkam tego sprawdzić przy najbliższej wizycie...

wtorek, 22 kwietnia 2014

Bomba w windzie

Wielokrotnie podczas rozmów z maniakami książkowymi zostaję zapytana, czy znam tego czy innego autora. Zawsze wtedy odpowiadam, że osoboście nie (bo na przykład dany twórca nie żyje od pięćdziesiąciu lat, bądź wyjechał za granicę i nie dane mi było go spotkać). Dlatego nie zadawajcie mi głupich pytań typu: czy znam Szekspira, Dostojewskiego czy Szymborską... jakby nie patrzeć oni nie żyją. Znam ich twórczość, bo mówiono o nich w liceum, na studiach w mediach. 
Jednak jak powszechnie wiadomo najlepsze lektury dopadają nas za szkolnymi murami, kiedy to czytelnik czyta to co chce i nie musi poddawać treści powieści jakimś podstawowym analizom, do których przydatne będą internet i śmieciowe pomoce szkolne, których to jestem przeciwniczką odkąd pamiętam. 


Wróćmy jednak do Łukasza Gołębiewskiego, którego to miałam okazję poznać osobiście. A było to w czasach kiedy  pracowałam w księgarni. Munioza stawiła się na to spotkanie kompletnie nieprzygotowana (wstydzę się do dzisiaj). W natłoku obowiązków zawodowych i zajęć prywatnych nie miałam nawet chwili, aby zapoznać się z biografią autora, jego działalnością kulturalną, o promowanej w 2011 roku "Bombie w windzie" nie wspominając. Nic to. spotkanie było krótkie, a ja żałowałam, że ten pełen wdzięku i oryginalności mężczyzna musi jechać dalej. Muniozę (znaną ze swej nieśmiałości) aż korciło, aby podejść, zamienić kilka zdań. Rozmawialiśmy o literaturze rzecz jasna. Mnie zachwycał Mario Vargas Llosa a Łukasza Wiesław Myśliwski. Pamiętam to dokładnie, jakby to było wczoraj. Gołębiewski grzecznie się pożegnał i pojechał, ruszył dalej. A że naturę ma punkową tak jak ja...
Wiedziałam, że prędzej czy później jakoś go "znajdę". Czy to na koncercie, czy w trasie czy wybiorę się na jakieś spotkanie autorskie. 
Później z powodu życiowych perturbacji zupełnie zapomniałam o spotkaniu i publikacjach autora. Na studiach katowano mnie arcydziełami literatury staropolskiej. wiecie Bogurodzica i inne utwory wałkowane od postawówki. Prowadzący ćwiczenia sprawił, że moja miłość do literatury oziębła, zaś obrzydzenie do tego nadętego mężczyzny szczycącego się tytułem doktora jest tak wielkie, że gości w mym sercu po dziś dzień. Nie będę się rozwodzić nad wykładowcą, bo nie warto.
Pozdrawiam po punkowemu: środkowym palcem ;-)


Z gmachu Uniwersyteu przenoszę się myślami do Londynu i windy, gdzie poznaję Richarda Burtona. Postać niesłychanie zagadkową. Nasz bohater, z zawodu krytyk literacki, został uwięziony w szybie windy. Bez wody, bez jedzenia. Jak to się mówi w czarnej dupie. Pomimo swojego trudnego położenia Richard zdobywa się na pełną humoru podróż do przeszłości. Wspomina monotonię pracy dziennikarza, koncerty punk rockowe oraz kobiety, które to porządnie zawróciły mu w głowie. 
"Bomba w windzie" urzekła mnie od pierwszych stron. Zachwycałam się każdym zdaniem, aż nie chciałam, aby ta powieść się skończyła, jednak ciekawość nie pozwalała mi odłożyć jej na później. Gdybym miała w jakiś sposób zaznaczyć najciekawsze momenty i arcyważne cytaty bałabym się, że liczba karteczek zniszczyłaby całkowicie tę liczącą około 130 stron książeczkę . a tego byśmy przecież nie chcieli...

Bomba w windzie to cudowne połączenie powieści obyczajowej i sensacyjnej. Nie jest to powieść o umieraniu, lecz o życiu. Troski i zmartwienia Richarda są bliskie niejednemu z nas. To historia nieszczęśliwego samotnika poszukującego wrażeń.
Podziwiam Łukasza Gołębiewskiego za to, że na tak niewielu stronnicach zawarł wszystko, co lubię w książkach najbardziej. Mam tutaj na myśli ciekawą fabułę, która sprawiła, że mój mózg popracował na wyższych obrotach oraz żarty, które warto powtarzać w gronie znajomych. . Bomba w windzie, pochłonęła mnie totalnie. Tego mi było trzeba. 
Sztuką jest sprawić, że czytelnik zżywa się z głównym bohaterem tak bardzo, że ma ochotę płakać nad jego losem. Masa niejasności, zawirowań, niedopowiedzeń. Mistyfikacja totalna. A co jeśli Richard Burton nie istniał naprawdę? O co w tym wszystkim chodzi? Gdzie jest granica między światem rzeczywistym a fikcyjnym? Polecam tę książkę wszystkim, którzy narzekają na nudę i brak literackich doznań. Proza Łukasza Gołębiewskiego sprawiła, że kilka razy niebezpiecznie skoczyło mi ciśnienie. Jak to się w księgarni mawiało: "kawy nie trzeba pić". Ano nie trzeba. wystarczy dobra książka. tak niewiele, a tak wiele.

Zmęczenie daje o sobie znać. Dlatego też zakończenie będzie krótkie: czytajcie, bo warto. 
polecam, Ewelina Karpiuk 
Ja tymczasem biorę się za kolejną. pora na "Disorder i ja", ciekawe, czym mnie zaskoczy Gołębiewski.

Zagadką jest jak po trzech latach odnalazłam Łukasza? na pewno nie w warszawskiej ani londyńskiej windzie, nie na koncercie, ani w podróży. znalazłam go...

na fejsie. niech żyje Internet ! <3 




Hollywood - Charles Bukowski

Stało się tak jak wcześniej pisałam. Przeczytałam wspaniałą książkę „Papusza” Angeliki Kuźniak po czym ruszyłam z Henrym na wycieczkę do Hol...