wtorek, 22 kwietnia 2014

Bomba w windzie

Wielokrotnie podczas rozmów z maniakami książkowymi zostaję zapytana, czy znam tego czy innego autora. Zawsze wtedy odpowiadam, że osoboście nie (bo na przykład dany twórca nie żyje od pięćdziesiąciu lat, bądź wyjechał za granicę i nie dane mi było go spotkać). Dlatego nie zadawajcie mi głupich pytań typu: czy znam Szekspira, Dostojewskiego czy Szymborską... jakby nie patrzeć oni nie żyją. Znam ich twórczość, bo mówiono o nich w liceum, na studiach w mediach. 
Jednak jak powszechnie wiadomo najlepsze lektury dopadają nas za szkolnymi murami, kiedy to czytelnik czyta to co chce i nie musi poddawać treści powieści jakimś podstawowym analizom, do których przydatne będą internet i śmieciowe pomoce szkolne, których to jestem przeciwniczką odkąd pamiętam. 


Wróćmy jednak do Łukasza Gołębiewskiego, którego to miałam okazję poznać osobiście. A było to w czasach kiedy  pracowałam w księgarni. Munioza stawiła się na to spotkanie kompletnie nieprzygotowana (wstydzę się do dzisiaj). W natłoku obowiązków zawodowych i zajęć prywatnych nie miałam nawet chwili, aby zapoznać się z biografią autora, jego działalnością kulturalną, o promowanej w 2011 roku "Bombie w windzie" nie wspominając. Nic to. spotkanie było krótkie, a ja żałowałam, że ten pełen wdzięku i oryginalności mężczyzna musi jechać dalej. Muniozę (znaną ze swej nieśmiałości) aż korciło, aby podejść, zamienić kilka zdań. Rozmawialiśmy o literaturze rzecz jasna. Mnie zachwycał Mario Vargas Llosa a Łukasza Wiesław Myśliwski. Pamiętam to dokładnie, jakby to było wczoraj. Gołębiewski grzecznie się pożegnał i pojechał, ruszył dalej. A że naturę ma punkową tak jak ja...
Wiedziałam, że prędzej czy później jakoś go "znajdę". Czy to na koncercie, czy w trasie czy wybiorę się na jakieś spotkanie autorskie. 
Później z powodu życiowych perturbacji zupełnie zapomniałam o spotkaniu i publikacjach autora. Na studiach katowano mnie arcydziełami literatury staropolskiej. wiecie Bogurodzica i inne utwory wałkowane od postawówki. Prowadzący ćwiczenia sprawił, że moja miłość do literatury oziębła, zaś obrzydzenie do tego nadętego mężczyzny szczycącego się tytułem doktora jest tak wielkie, że gości w mym sercu po dziś dzień. Nie będę się rozwodzić nad wykładowcą, bo nie warto.
Pozdrawiam po punkowemu: środkowym palcem ;-)


Z gmachu Uniwersyteu przenoszę się myślami do Londynu i windy, gdzie poznaję Richarda Burtona. Postać niesłychanie zagadkową. Nasz bohater, z zawodu krytyk literacki, został uwięziony w szybie windy. Bez wody, bez jedzenia. Jak to się mówi w czarnej dupie. Pomimo swojego trudnego położenia Richard zdobywa się na pełną humoru podróż do przeszłości. Wspomina monotonię pracy dziennikarza, koncerty punk rockowe oraz kobiety, które to porządnie zawróciły mu w głowie. 
"Bomba w windzie" urzekła mnie od pierwszych stron. Zachwycałam się każdym zdaniem, aż nie chciałam, aby ta powieść się skończyła, jednak ciekawość nie pozwalała mi odłożyć jej na później. Gdybym miała w jakiś sposób zaznaczyć najciekawsze momenty i arcyważne cytaty bałabym się, że liczba karteczek zniszczyłaby całkowicie tę liczącą około 130 stron książeczkę . a tego byśmy przecież nie chcieli...

Bomba w windzie to cudowne połączenie powieści obyczajowej i sensacyjnej. Nie jest to powieść o umieraniu, lecz o życiu. Troski i zmartwienia Richarda są bliskie niejednemu z nas. To historia nieszczęśliwego samotnika poszukującego wrażeń.
Podziwiam Łukasza Gołębiewskiego za to, że na tak niewielu stronnicach zawarł wszystko, co lubię w książkach najbardziej. Mam tutaj na myśli ciekawą fabułę, która sprawiła, że mój mózg popracował na wyższych obrotach oraz żarty, które warto powtarzać w gronie znajomych. . Bomba w windzie, pochłonęła mnie totalnie. Tego mi było trzeba. 
Sztuką jest sprawić, że czytelnik zżywa się z głównym bohaterem tak bardzo, że ma ochotę płakać nad jego losem. Masa niejasności, zawirowań, niedopowiedzeń. Mistyfikacja totalna. A co jeśli Richard Burton nie istniał naprawdę? O co w tym wszystkim chodzi? Gdzie jest granica między światem rzeczywistym a fikcyjnym? Polecam tę książkę wszystkim, którzy narzekają na nudę i brak literackich doznań. Proza Łukasza Gołębiewskiego sprawiła, że kilka razy niebezpiecznie skoczyło mi ciśnienie. Jak to się w księgarni mawiało: "kawy nie trzeba pić". Ano nie trzeba. wystarczy dobra książka. tak niewiele, a tak wiele.

Zmęczenie daje o sobie znać. Dlatego też zakończenie będzie krótkie: czytajcie, bo warto. 
polecam, Ewelina Karpiuk 
Ja tymczasem biorę się za kolejną. pora na "Disorder i ja", ciekawe, czym mnie zaskoczy Gołębiewski.

Zagadką jest jak po trzech latach odnalazłam Łukasza? na pewno nie w warszawskiej ani londyńskiej windzie, nie na koncercie, ani w podróży. znalazłam go...

na fejsie. niech żyje Internet ! <3 




niedziela, 6 kwietnia 2014

Angelika Kuźniak - Papusza



tytuł: Papusza
autor: Angelika Kuźniak
data wydania: 2013
wydawnictwo: Czarne
liczba stron: 200
cena: 39,90



No i mam problem. Nie taki znowu duży, ale też nie z tych małych.Wczoraj przeczytałam „Papuszę”. Jaki problem, chciałoby się spytać. Ano taki, że kompletnie nie wiem od czego zacząć. Nadmiar emocji, wzruszeń, zachwytów, smutków, ciepłego uśmiechu biją się we mnie nie pozwalając zebrać myśli i stworzyć z nich poukładanych, jasnych zdań. Poniższy tekst będzie więc zagmatwany, urwany, niewiadomy. Tak jak książka Angeliki Kuźniak. Jak cała nasza wiedza na temat cygańskiej poetki, jak całe jej życie…

Obcowanie z przyrodą, biesiadowanie do białego rana, wędrowanie z miejsca na miejsce, twarde, ludowe prawo. Tak w ogromnym skrócie można opisać życie Cyganów. Przeniknięcie z takiego świata do świata Związku Literatów Polskich, otrzymywanie stypendium od ministra kultury to dla tej grupy etnicznej rzecz abstrakcyjna, nietypowa, kłócąca się z wieloletnią tradycją. Nie zapominajmy też o roli kobiety w cygańskiej kulturze. A tutaj mamy Bronisławę Wajs, która tego dokonała. Po tym jak samodzielnie nauczyła się pisać i czytać, prosząc polskie dzieci o możliwość pożyczenia książek, zaczęła pisać wiersze. Proste, piękne, dziecinne wierszyczki, jak sama o nich mówiła. Sporo w nich było o Cyganach, o lasach, o snach, o tęsknotach różnych. Odkrył ją Jerzy Ficowski. Przetłumaczył i opublikował jej wiersze. Gdyby nie on, Bronisława Wajs odeszłaby w zapomnienie, a my nie poznalibyśmy jej twórczości. W książce opublikowane są listy, jakie do siebie pisywali. Jerzy Ficowski motywował ją do dalszego pisania, a ona mu skromnie, cudownie łamaną polszczyzną odpisywała. A jeszcze Julian Tuwim miał co nieco do powiedzenia na temat Papuszy… cudownie było się móc z tym wszystkim zapoznać.

Były wędrówki, ukrywanie się, wróżby, podkradanie kur. Były listy pisane na kolanie. Z czasem były różne mieszkania. Był mąż Dionizy, nazywany Dyźkiem i synek Tarzan, który później wybierze własną drogę z dala od matki. Publikacje Papuszy rozzłościły Cyganów, zarzucali jej, że wyjawia ludowe tajemnice. Domyślali się jak dużo mogła powiedzieć Ficowskiemu. Osamotnienie i niezrozumienie wywołały smutek, lęki, dramatyczne zachowania. Potrzebne było leczenie psychiatryczne. Gdy bywało lepiej wypisywano ją do domu, a tam dużo starszy mąż tracił na zdrowiu. Słaba, drobna kobieta musiała przynosić opał, gotować, cały czas coś robić. Niewdzięczny był los Bronisławy Wajs, cygańskiej poetki wyklętej. Zakończył się 26 lat temu w Inowrocławiu.

Nigdy nie interesowałam się Cyganami, ich historią i kulturą. Byli, bo byli. Z dala ode mnie. Mam w głowie jakieś informacje, masę skojarzeń i jeszcze więcej wyobrażeń. Dzięki Angelice Kuźniak mogłam pobyć blisko jednej z nich, wyjątkowej kobiety, nazywanej Lalką. Autorka stworzyła rzetelną a zarazem piękną i poruszającą biografię. Należą jej się za to ukłony do samej ziemi.

sobota, 5 kwietnia 2014

Po co jest sztuka ?



Zaczęłam pisać po czym energiczne skreśliłam. Zaczęłam ponownie... Kolejne skreślenie. Po prostu (co zdarza się naprawdę rzadko, a nawet ośmieliłabym się powiedzieć nie zdarza mi się wcale) nie mam pojęcia jak zacząć i jakich słów użyć, aby opisać mój zachwyt powyższą książką.

Gdy zobaczyłam ją w ‘nowościach’ wiedziałam, że będzie ciekawie. Bo jak mogłoby być inaczej, jeżeli Tadeusz Nyczek postanowił zadać pisarzom pewne krótkie, choć trudne pytanie: PO CO JEST SZTUKA? A na dodatek wśród jego rozmówców znaleźli się Jerzy Pilch i Olga Tokarczuk, czyli twórcy, których szanuję, uwielbiam poznawać ich zdanie na każdy temat i bez których nie wyobrażam sobie współczesnej polskiej literatury.

Tadeusz Nyczek, znany krytyk teatru i literatury, przewodniczący jury tegorocznej edycji Nike w ramach projektu Po co jest sztuka zredagował rozmowy z dziewięcioma pisarzami, w gronie których oprócz mojej ulubionej dwójki znaleźli się Janusz Anderman, Janusz Głowacki, Jan Gondowicz, Ryszard Krynicki, Marek Nowakowski, Krzysztof Varga i Adam Zagajewski. Jest to zapis genialnej, błyskotliwej, momentami dowcipnej wymiany zdań na temat sztuki, literatury oraz ich wzajemnych relacji. Możemy dowiedzieć się jak wyglądały poczynania Jerzego Pilcha z poezją, za którą ze sztuk Janusza Głowackiego Tadeusz Nyczek nie przepada oraz jak panowie reagują, gdy sobie o tym przypomną. Wejdziemy w świat malarstwa, przyjrzymy się m.in. Beksińskiemu, Nowosielskiemu, Schultzowi, zastanowimy się co sztuką jest, a czego już sztuką nazywać nie należy. Krzysztof Varga w przepiękny sposób wypowie się o potrzebie „przewodnika”, który pomoże zrozumieć, przybliży postać danego artysty, co w konsekwencji spowoduje, że będąc w galerii nie odwrócimy się od obrazu na pierwszy rzut oka wyglądającego jak jedna zwykła kreska.

Polecam tę książkę wszystkim, zarówno znawcom sztuki, jak i tym, których wiedza ogranicza się do karygodnego minimum (tak było w moim przypadku). Cieszę się, że powstają tego typu publikacje, a w księgarniach oprócz napierającej ze wszystkich stron „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, można jeszcze znaleźć inteligentną literaturę.
Na zakończenie dobra informacja. Powstaje drugi tom rozmów z pisarzami, tym razem przygotuje go Grzegorz Jankowicz. Data premiery oraz nazwiska pisarzy nie są znane, więc nie pozostaje nam nic innego jak cierpliwe czekanie.

Zapomniałabym napisać najważniejszego. Po raz kolejny zakochałam się w Pilchu…

piątek, 4 kwietnia 2014

Wyznania nawróconej czytelniczki...

tytuł: Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki
autor: Mario Vargas Llosa
data wydania: 2007
liczba stron: 384
cena: 39,90








Wszystkie moje dotychczasowe spotkania z twórczością ubiegłorocznego noblisty kończyły się czytelniczym zawodem. “Raj tuż za rogiem” wynudził mnie niesamowicie, a każda strona była męczarnią dla oczu i umysłu. Do “Gawędziarza” podchodziłam dwa razy, po niespełna 100 stronach egzemplarz wracał na półkę. Książkę pt. “Kto zabił Palomina Molero” przeczytałam bez większych zarzutów, jednak lektura nie sprawiła mi większej przyjemności.

Z każdej strony słyszałam, że Llosa jest wspaniałym pisarzem, a jego powieści to współczesne literackie arcydzieła. Zastanawiałam się, co sprawia, że czytelnicy (również ci z kręgu moich znajomych) sięgają po jego pozycje z niebywałym zapałem, podczas, gdy ja nie mogę w nich znaleźć nic, co przypadałoby mi do gustu.
“Powinnaś przeczytać Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” słyszałam wielokrotnie. Niechętnie odpowiadałam, że nie wydaje mi się, aby czytanie kolejnej książki tego autora miałoby mi sprawić przyjemność. “Ta książka jest inna”, “musisz ją przeczytać” te i inne zachęty trafiały do moich uszu.
Gdy byłam przekonana, że potyczki z Llosą mam już za sobą, w mojej książkowej kolekcji niespodziewanie pojawiły się “Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. Ostatnia szansa - pomyślałam, poczym rozpoczęłam lekturę.
Przeczytałam ją za jednym podejściem i to bynajmniej nie dlatego, że jest to łatwa proza, którą czyta się w szybkim tempie. Skończyłam ją tego samego wieczoru, ponieważ od takiego pisarstwa nie można odejść, czytelnik nie będzie mógł normalnie funkcjonować, jeżeli nie pozna wszystkich stron tej tajemniczej i niewiarygodnej historii.

Głównym bohaterem powieści jest Ricardo. Mężczyzna przeciętnej urody, z zawodu tłumacz. Wiódłby spokojne życie gdyby pewnego dnia, będąc jeszcze młodym chłopcem nie poznał niegrzecznej dziewczynki. Jak ma na imię? Kim jest? Skąd pochodzi? Na te pytania Richardo będzie poszukiwał odpowiedzi przez blisko pięćdziesiąt lat. Wie jedno - niegrzeczna dziewczynka jest kobietą, którą pokochał od pierwszego wejrzenia i oddałby wszystko, aby móc z nią spędzić wszystkie swoje dni. Nie jest to jednak możliwe. Niegrzeczna dziewczynka potrafi opuścić Ricarda, gdy tylko nadarzy się okazja, aby uciec z dużo bogatszym mężczyzną. Podczas gdy nasz główny bohater usiłuje pogodzić się z utratą ukochanej kobiety, ta pojawia się w jego domu jak gdyby nic się nie stało.
Jeżeli istnieje piekło na ziemi to bezsprzecznie znalazł się w nim Ricardo. Dla niezbyt licznych chwil przyjemności będzie zmuszony znosić setki poniżeń, cierpień i rozczarowań. Niegrzeczna dziewczynka jest nieprzewidywalna i zdolna do wszystkiego, a jednocześnie potrafi doprowadzić Ricarda do szaleństwa.

W “Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki” spotykamy się z miłością, jednak zupełnie inną niż ta, którą widzimy w romansach i komediach romantycznych. U Llosy na próżno doszukiwać się dwójki młodych ludzi, wpadających na siebie na ulicy, którzy po dwóch miesiącach stają na ślubnym kobiercu a potem żyją długo i szczęśliwie. U peruwiańskiego mistrza prozy mamy do czynienia z miłością destruktywną, toksyczną, nieszczęśliwą. Niegrzeczna dziewczynka jest dla Ricarda swego rodzaju fatum. To ona decyduje o jego życiu, zniewala jego umysł i ciało. Nie ma sposobu, aby się od niej uwolnić. Każda próba ucieczki może być tragiczna w skutkach.

“Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” zachwyciły mnie z wielu powodów. Z pewnością nie starczyłoby mi czasu i miejsca, aby wymienić wszystkie z nich. Na pewno zmienił się mój stosunek do wcześniejszych książek Llosy, które zamierzam przeczytać jeszcze raz.

Sporym atutem powieści jest język, którym została napisana. Autor używa przepięknych pojęć i zdań. Urzekające opisy uczuć i przeżyć Ricarda sprawiają, że czytamy je z pełnym zaangażowaniem i uczuciowością. Llosa za pomocą słów rozbudza w nas empatię i dojrzałą emocjonalność.
Kolejną zaletą książki jest fabuła, która nie pozwala na odłożenie książki. Wszystkie wydarzenia rozgrywające się na kartach powieści budzą nasze zainteresowanie i ciekawość, a ponadto szokują i skłaniają do refleksji.

Czy można się zakochać w książkach? Myślę, że tak, ponieważ pokochałam tę powieść równie mocno jak Ricardo pokochał niegrzeczną dziewczynkę.

Takie książki tkwią w naszej pamięci przez wiele lat, do takich książek chce się wracać, o takich książkach chce się rozmawiać a przede wszystkim po takie książki pragnie się sięgać… a to chyba największy wyraz uznania dla autora.






czwartek, 3 kwietnia 2014

Mężczyźni rozmawiają o wszystkim

Sięgając po tę pozycję miałam o niej bardzo wysokie wymagania. Intrygujący opis na odwrocie okładki oraz lista osób, z którymi Rozmawiała Dorota Wodecka sprawiły, że musiałam przeczytać tę książkę. 'Będzie ciekawie' - pomyślałam, ale nie wiedziałam, że tak bardzo!

Osiemnastu wspaniałych mężczyzn znanych nam m.in. ze świata literatury, nauki czy muzyki postanowiło opowiedzieć, jakie kobiety wywołują u nich fascynację, a które odpychają. Dorota Wodecka w umiejętny sposób nakłania swoich rozmówców do wyjawienia swoich marzeń oraz odpowiedzi na pytania dotyczące tego, co jest w życiu naprawdę ważne.
Możemy dowiedzieć się dlaczego ludzie, których znamy z mediów nie decydują się na posiadanie dzieci lub wręcz przeciwnie, chcą mieć ich całą gromadkę.
Książka dementuje wiele stereotypów. Jeden z nich mówi, że mężczyźni lubią wrażliwe, uległe kobiety. Okazuje się, że wolą, kiedy druga połowa jest silna, zdecydowana i odważna. Z drugiej strony nie godzą się na ustępstwa w stosunku do swojej pracy. Nieraz miłość do pisania, komponowania czy tańca okazała się silniejsza niż miłość do kobiety. Drugi ze stereotypów brzmi, że artyści zarabiają dużo pieniędzy. Nic bardziej mylnego! Zdarza im się zarabiać kilkaset złotych miesięcznie, a mimo to dostrzegają plusy swojej pracy.

Tych, których chcą się dowiedzieć dlaczego Andrzej Stasiuk jest uznawany za wiejskiego dziwaka lub jakich słów musi używać kobieta, która chce oczarować Jana Miodka gorąco zapraszam do lektury.

Polecam tę książkę czytelnikom obu płci. Panowie mogą się wiele nauczyć i dowiedzieć o sobie, zaś panie dostrzegą, że istnieją prawdziwi mężczyźni, którym słowa jak inteligencja, fantazja, czułość są znane nie tylko z nazwy. Jednym słowem, KLASA!

czwartek, 6 marca 2014

Dziewczyny z Portofino

Przyjaźń jest bez wątpienia jedną z najpiękniejszych rzeczy, które mogą spotkać człowieka. Przyjaźń między kobietami jest wyjątkową a zarazem specyficzną relacją. Panie potrafią się nawzajem pocieszać, wysłuchać, ale też potrafią skrytykować i wygarnąć bolesną prawdę.. O tym przepięknym i zadziornym zjawisku opowiada książką Grażyny Plebanek pt. „Dziewczyny z Portofino”.

Poznajemy historię czterech kobiet, które znają się od czasów, kiedy największym ze zmartwień było to czy niebieska wstążka pasuje do czerwonego sweterka. Czas mija nieubłagalnie i nasze bohaterki zaczynają dorastać. Nieszczęśliwe miłości, rodzice nadużywający alkoholu, wybór studiów to tylko niektóre z problemów, z którymi muszą rozprawić się Agnieszka, Hanka, Beata i Mania.

Autorka, jak zapewnia nas na odwrocie książki, nie stworzyła historii o dziewczynach, które plotkują i spiskują za swoimi plecami. Chciała, aby jej bohaterki pomagały sobie nawzajem, a w przyszłości wyrosły na silne, mądre i samodzielne kobiety. Tak też było. Myślę, że czytając tę pozycję każda z nas znajdzie jakąś cząstkę siebie w którejś z postaci postaci wykreowanych przez Grażynę Plebanek.

Akcja powieści toczy się w Warszawie, w czasach, gdy w kraju panował ustrój komunistyczny. Skąd więc tytuł "Dziewczyny z PORTOFINO"? Myślę, że przywołanie nazwy ekskluzywnej włoskiej miejscowości ma na celu pokazanie, że nasze bohaterki, pomimo szarości nieodstępującej ich na krok, stworzyły swoje własne miejsce, w którym są szczęśliwe i nawet po najgorszych burzach wychodzi słońce.

Podsumowując, jest to poruszająca opowieść o przyjaźni, której (bez urazy panowie) zaznać mogą tylko kobiety. Polecam tę książkę wszystkim paniom niezależnie od wieku i życiowych doświadczeń. „Dziewczyny z Portofino” należą do tych książek, podczas czytania których zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z fikcją literacką, a z drugiej strony wiemy, że tego typu historie dzieją się obok nas. Wystarczy tylko dobrze się rozejrzeć.
Bardzo chętnie sięgnę po inne tytuły autorki.

Instytut

„Instytut” jest pierwszą książką Jakuba Żulczyka, po którą sięgnęłam. Młody mężczyzna z papierosem w ustach i zawadiackim błyskiem w oku. Czym ten niespełna trzydziestuletni facet, uznawany za polskiego Stephena Kinga, jest w stanie mnie zaskoczyć? Okazuje się, że wieloma rzeczami.

Znamy już historie o ludziach, którzy pewnego dnia budzą się w miejscu, z którego nie mogą się wydostać. Nikt nic nie wie, nikt niczego nie pamięta. Schemat stary jak węgiel. Podobne zdarzenia mają miejsce w mieszkaniu jednej z krakowskich kamienic, zwanym INSTYTUTEM. Jest to lukum, które zostało przypisane głównej bohaterce przez babcię. Nie wiadomo dlaczego babcia nie korzystała z tego mieszkania, a jednocześnie nie chciała słyszeć o sprzedaży.
Siedmioro ludzi, znających się bardziej lub trochę mniej, zostaje zamkniętych w wyżej wspominanym mieszkaniu, znajdującym się na piątym piętrze. Winda nie działa, schodów broni krata, której nie sposób otworzyć. Telefony są pozbawione baterii i kart SIM. Wołania o pomoc nie przynoszą rezultatów. Każdy z naszych bohaterów stara się znaleźć logiczne wytłumaczenia sytuacji, w której się znalazł. Każdy z nich bezustannie zastanawia się PRZEZ KOGO i DLACZEGO miałby być tutaj przetrzymywany. Szybko zdają sobie sprawę z tego, że to dopiero początek i każde tchnienie może być tym ostatnim…

W „Instytucie” urzekł mnie bezpretensjonalny styl i nowatorskie podejście do sprawy. Nie spotkamy tutaj czarnoskórego pana, który będzie zapewniał kruchą blondynkę, że to tylko zły sen, a kiedy wszystko się skończy urodzi bliźniaki i zamieszka w pięknym białym domku z ogórkiem. Zamiast tego mamy ludzi, którzy, gdy są wzburzeni kartki ociekają tym wzburzeniem. Gdy chce im się zapalić sięgają po kolejnego papierosa, a rozmyślania co będzie potem odsuwają na drugi plan. W „Instytucie” często „rzuca się kurwami”. Jest to jednak tak umiejętnie wyważone, że nie odpycha czytelnika, a jednocześnie daje upust emocjom bohaterów, którzy znaleźli się na granicy obłędu.
Podobały mi się również opisy zmęczenia. Tak moi drodzy, zwykłe opisy fizycznego zmęczenia. Autor nie zapomina, że ludziom, którzy znaleźli się w niewytłumaczalnej sytuacji w dalszym ciągu chce się pić, palić czy spać. Po ciałach będących ich świątyniami pozostały sprofanowane ruiny.

Naprzemiennie z akcją rozgrywająca się w mieszkaniu poznajemy historię głównej bohaterki, Agnieszki. Ta trzydziestopięcioletnia kobieta nazywająca siebie „królową balu” wie, co to alkohol, narkotyki, sex z nowopoznanymi mężczyznami. A na dodatek wie o tym nie z opowieści, ale z autopsji. Ponadto Agnieszka jest matką. Jest matką jedyną w swoim rodzaju. Jest taką matką, której uczuć do swojej córki nie sposób wyrazić słowami. Jej miłość do córki jest silna pomimo, że Ela mieszka z ojcem setki kilometrów od niej. Kontakt Agnieszki ze swoim skarbem ogranicza się do półgodzinnych rozmów telefonicznych, po których jej twarz staje się mokra od łez. Wie, że tak musi być, w przeciwnym razie teściowie i były mąż odebraliby jej córkę na zawsze. Żaden sąd nie przyznałby opieki matce, której życie przypomina życie nastolatki, i to nastolatki z marginesu społecznego. Wkrótce Ela znajdzie się w śmierletnym niebezpieczeństwie.

Chciałabym pochwalić Jakuba Żulczyka za dwie rzeczy. Po pierwsze za to, że napisał książkę, która wzbudza nieudawany strach i zainteresowanie. Nie sztuką jest pisać o zombie biegających z nożami w głowach. Sztuką jest nie pokazać „ZŁA”, a jednocześnie sprawić, że czytelnika ogarnia lęk. Po drugie cieszę się, że autor nie traktuje nas jak idiotów. Po prostu…

Generał w habicie

Idąc do pracy, wracając ze szkoły nie da się nie zauważyć ludzi, którzy potrzebują naszej pomocy. Ignorujemy ich, obrzucamy poniżającym spojrzeniem, a w najlepszym wypadku wrzucamy kilka monet do kubeczka wychylającego się z sinych dłoni. Nie mamy tym ludziom nic więcej do zaoferowania. Mamy własne rodziny, własne problemy i wydatki. Ale na szczęście do akcji ruszyła siostra Małgorzata Chmielewska.


Siostra Małgorzata jest zakonnicą nietuzinkową. Palenie papierosów i przeklinanie nie są jej obce. Na prośbę biskupa, aby zerwała z nikotynowym nałogiem, odpowiedziała, że zrobi to, gdy zrobią to księża. Na dodatek ma czwórkę dzieci. Adoptowanych, bo ich prawdziwi rodzice nie potrafili zapewnić im miłości, poczucia bezpieczeństwa i godnego bytu.
Małgorzata Chmielewska wychowała się w rodzinie, w której nie przywiązywano większej wagi do życia duchowego i religii. Po skończeniu studiów postanowiła wstąpić do zakonu. Modlitwa i życie konsekrowane nie dają jej całkowitego spełnienia. Czuje, że może robić więcej. Z czasem powstają domy dla bezdomnych, alkoholików, samotnych matek i wielu innych, którzy wiedzą, czym jest głód, samotność i ubóstwo.
Siostra Małgorzata twardo stąpa po ziemi i doskonale zdaje sobie sprawę, że na wszystko potrzebne są pieniądze. Jej podopieczni muszą zarabiać, dlatego oprócz dachu nad głową i ciepłego posiłku daje im pracę. Wierzy, że uczciwa praca nadaje życiu rytm i pozbawia poczucia bezużyteczności. W domach wspólnoty "Chleb życia" panują zasady, których złamanie grozi powrotem na ulicę. Porządku w domach pilnuje grafik, w którym każdy mieszkaniec jest uwzględniony. Ważną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, był fakt, że siostra Małgorzata mieszka razem ze swoimi podopiecznymi. Nie wyobraża sobie sytuacji, gdy spędza z nimi kilka godzin dziennie, a następnie spokojnie ich opuszcza. Spędzając z nimi czas, siadając przy stole, stają się jedną wielką rodziną, w której nie ma podziału na lepszych i gorszych.


Przerywnikami w rozmowie Stanisława Zawady z siostrą Chmielewską są poruszające historie ludzi, którzy zaprzepaścili swe życie. Osoby, mające dobrą pracę, kochającą rodzinę, pewnego dnia tracą wszystko, nie mają z kim porozmawiać, a ich życie staje się ciągłą tułaczką. Są to ważne fragmenty. Pokazują, że los może się od nas odwrócić w każdej chwili oraz jak ciężko wydostać się z życiowego bagna.


Przyznam, że nie podchodziłam do tej pozycji entuzjastycznie. Kupiłam ją babci jako prezent gwiazdkowy. A bo to o zakonnicy, o pomaganiu ludziom, którym nie wyszło w życiu. Ta przejmująca mieszanka to coś, co doskonale trafiło w jej gust. Nie spodziewałam się jednak, że książka wywrze tak wielkie wrażenie na MNIE. Pozwoliła mi docenić to, co mam i przewartościować otaczający mnie świat. Takie książki są nam bardzo potrzebne. W otaczającym nas zgiełku ciężko dostrzec ludzi, którzy całe swoje "JA" poświęcili bliźniemu. Podsumowując, polecam tę książkę WSZYSTKIM, bez względu na wyznanie i stosunek do życia konsekrowanego.

Trucicielka

Eric-Emmanuel Schmitt, czyli pan, którego miłośnikom literatury nie muszę przedstawiać. Francuski pisasz, który urzekł tysiące czytelników takimi dziełami jak "Zapasy z życiel" czy "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu", o "Oskarze i Pani Róży" nie wspominając. Widząc nazwisko autora na okładce wiem, że poznam historie wzruszające, pełnie ciepła, dające nadzieję. Tym razem Schmitt postanawia pokazać ciemne zakamarki ludzkiej natury... I wychodzi mu to znakomicie!

"Trucicielka" jest zbiorem czterech opowiadań. Bohaterką pierwszego z nich jest Marie Maurestier. Postać, z którą mieszkańcy miasteczka wolą nie zadzierać. Dlaczego? Marie została oskarżona o zamordowanie o swoich trzech mężów. Wskutek dochodzenia zostaje oczyszczona z zarzutów. Jednak jej niewinność jest lekko mówiąc wątpliwa. Z czasem podczas spowiedzi wyznaje młodemu księdzu, że odebrała życie swoim małżonkom. Czy faktycznie Marie Maurestier, jedna z tych niepozornych staruszek, jest bezlitosną trucicielką? A może to część nieracjonalnej gry, w którą próbuje wplątać księdza Gabriela?

W drugim opowiadaniu zatytułowanym "Powrót" poznajemy marynarza Grega. Jego żona zajmuje się domem i czterema córkami, podczas, gdy mężczyzna zarabia na życie dryfując po nieznanych wodach. Pewnego dnia dowiaduje się, że jedna z jego córek nie żyje. Zaburzenia radiowe nie pozwalają uzyskać informacji, która z dziewczynek umarła. Greg oczekując opowiedzi, zdaje sobie sprawę, że nie wszystkie córki kocha jednakowo mocno. Strata jednej sprawiłaby mu większą przykrość niż drugiej. Jakim prawem może modlić się o to, aby to nie była jego ukochana córka, jednocześnie życząć śmierci najmniej lubianej?

Trzecie opowiadanie opowiada historię dwóch kolegów, Chrisa i Axela. Dramatyczny wypadek, który wydarzył się na obozie na zawsze odmienił życie obojga.

Ostatnie opowiadanie podobało mi się najbardziej. Wkraczamy w wyższe sfey. Głowa państwa i jego żona uchodzą za parę doskonałą. Idealnie ubrani, odpowiednio uczesani, ze śnieżnobiałymi uśmiechami. Co jednak dzieje się, gdy błysk fleszy znika, a małżonkowie wracają do wspólnego mieszkania? Czy są w stanie razem uporać się z takimi problemami jak zdrada czy nowotwór?

Jak więc widzimy los nie oszczędza naszych bohaterów. Co sprawiło, że te cztery opowiadania zostały połączone? Myślę, że Schmitt chciał pokazać jak ludzka chciwość, wyrachowanie, brak czasu i znikome okazywanie uczuć mogą doprowadzić do życiowych tragedii. Nie da się jasno określić, kto jest ofiarą a kto katem, ponieważ osoba, która wyrządza krzywdę drugiej osobie cierpi na tym najbardziej.

Na zakończenie autor przedstawia nam swój pisarski pamiętnik. Opisuje w nim skąd wziął się zarys poszczególnych postaci oraz wyjaśnia dlaczego opowiadanie, o dziwo, nie jest prostym gatunkiem literackim.

 Uwielbiam czytelnicze zaskoczenia. Bardzo podobało mi się to, że Eric-Emmanuel Schmitt, "Ten od Oskara i Pani Róży" pokazał pazur. Wyszło mu to bardzo intrygująco... 

Błękitny chłopiec

Z pewnością niejeden dorosły chciałby chociaż na chwilę wrócić do okresu dzieciństwa. Nie musiałby się martwić pracą, pieniędzmy czy nadmiarem obowiązków. Zamiast tego pojawiłyby się wesoła zabawa i chwile beztroski. Tak kojarzy się nam normalnie przebiegające dzieciństwo. Jednak losy dwunastoletniego Kirana Sharmy są bardziej skomplikowane.

Nasz główny bohater znacząco rózni się od młodzieńców w swoim wieku. Nie interesują go takie zajęcia jak wspinaczka po drzewach czy gra w koszykówkę. Zamiast tego woli uczęszczać na lekcje baletu. Kiran musi znosić szyderstwa ze strony kolegów i koleżanek, a ponadto nie ma nikogo z kim mógłby szczerze porozmawiać. Z żadnym z rodziców nie łączą go silne więzi.
Matka Kirana ma dwa życiowe cele: wydawać więcej pieniędzy i znaleźć synkowi żonę, która przypadnie JEJ do gustu i będzie JĄ szanować. Ojciec to typ zapracowanej głowy rodziny. Musi wiedzieć, na co jego żona wydaje ciężko zarobione pieniądze, a także jakie są ceny benzyny na poszczególnych stacjach.

Kiran uwielbia momenty, kiedy jest sam na piętrze. Może wtedy zamknąć się w idealnie białej łazience i oddawać się czynności, która sprawia mu niebywałą frajdę. Co dwunastoletni chłopczyk robi mając pewność , że drzwo są zamknięte na klucz? Używa kosmetyków swojej mamy. Wykonuje makijaż z kunsztowną dokładnością, oddając cześć produktom takim jak szminka, puder i maskara.
Ponadto Kiran uwielbia bawić się lalkami. Każdą ze swoich dam podziwia za coś innego, w każdej znajduje coś pięknego. Gdy ojciec wyrzuca jedną z nich do kosza na śmieci dla Kirana jest to równoznaczne ze stratą jakiejś części siebie.

Kiran nie ma przyjaciół. Jest jednak jeden chłopiec, który toleruje jego towarzystwo. Ich znajomość opiera się na wspólnym oglądaniu magazynów dla dorosłych. Bardzo podobały mi się fragmenty seksualnych analiz. Możemy spojrzeć na świat seksu, cycków i orgii oczami dwunastoletniego chłopca, który próbuje złożyć w jedną całość duszę i ciało.

Nasz bohater czuj się wyobcowany zarówno w szkole, w której spędza znaczną część swojego życia jak i we własnym domu. Świadomy swojej odmienności zaczyna dostrzegać u siebie cechy boga Kriszny, jednego z wcieleń hinduskiego boga zbawienia... Aby poznać więcej szczegółów z życia chłopca gorąco zapraszam do lektury.

"Błękitny chłopiec" to urocza opowieść o poszukiwaniu swojego JA, o poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie KIM JESTEM oraz o odmienności połączonej ze świadomością swojej nieprzeciętności. To książka, w której autor nie wstydzi się poruszać tematów na pierwszy rzut oka nieprzyzwoitych. Jak się im bliżej przyjrzymy możemy dostrzec ludzkie pragnienia, które z różnych przeczyn nie mogą wydostać się na zewnątrz, muszą pozostać w naszych umysłach.

Zapiski niewidomego taty

Opieka nad dzieckiem to zarazem najpiękniejsze i najtrudniejsze zadanie, jakie może spotkać rodziców. Z jednej strony to troska o małego człowieka, który jest dziełem miłości dwojga ludzi, z drugiej to ogromna odpowiedzialność. Ryan Knighton przekona się, że bycie tatą nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Zwłaszcza, gdy jest się niewidomym.

W "Zapiskach niewidomego taty" poznajemy historię Ryana I Tracy. To młode małżeństwo, które nauczyło się żyć z nieuleczalnym brakiem wzroku Ryana rozważa posiadanie potomstwa. Pojawiają się setki pytań i wątpliwości. Czy damy sobie radę? Czy to właściwy moment? A może to fatalny pomysł? Jednak miłość i determinacja zwyciężają i pewnego dnia Tracy oznajmia, że jest w ciąży. Nie słychać radości, a przyszła mama nie jest podrzucana do góry. Dlaczego? W domu państwa Knighton w dalszym ciągu goszczą strach i niepewność.
Miesiące mijają na wizytach u lekarza oraz rozmyślaniach o zmianach, które nastąpią w ich życiu po pojawieniu się maleństwa.

Wreszcie nadchodzi dzień porodu i na świat przychodzi Tess. Mała osóbka z wielką siłą. Nikt inny nie potrafi tak długo płakać czy wykręcać się podczas, gdy niewidomy tato próbuje zmienić jej pieluchę.
Od tej pory nic w życiu Knightonów nic nie jest takie jak przedtem.
Tych, którzy chcą poznać więcej szczegółów tej wzruszającej a zarazem niebanalnej i rozweselającej opowieści gorąco zapraszam do lektury.

Ja teraz chciałabym zwrócić uwagę na główne atuty tej publikacji. Pierwszym z nich jest optymistyczne podejście autora do swojego stanu zdrowia i otaczającego świata. We wszystkim potrafi dostrzec plusy, nawet, gdy za chwilę ma walnąć głową w słup.
Drugim atutem jest język książki. Jak widzimy w tytule mamy do czynienia z zapiskami. Całość jest więc napisana w szczery, osobisty i bardzo uczuciowy sposób.

Polecam tę książkę wszystkim. Tak... wiem, że to brzmi trywialnie i większość moich recenzji kończy się w ten sposób. Tym razem jest trochę inaczej. Chciałabym, aby ludzie zapoznali się z tą pozycją ponieważ jest bardzo wartościową lekturą, podczas czytania której donośny śmiech przeplata się z grymasem niedowierzania. Niestety (nawet w mojej księgarni) książka ginie wśród bestsellerów i innych promowanych książek. Na szczęście po przeczytaniu znalazłam dla niej bardziej widoczne miejsce.

Zagubiony ptak - Jowita Kosiba

Z nazwiskiem autorki spotkałam się zupełnie przypadkiem, kiedy w moje ręce trafił fenomenalny ''Nokurn''. Intrygujaca akcja,...