Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 kwietnia 2014

Bomba w windzie

Wielokrotnie podczas rozmów z maniakami książkowymi zostaję zapytana, czy znam tego czy innego autora. Zawsze wtedy odpowiadam, że osoboście nie (bo na przykład dany twórca nie żyje od pięćdziesiąciu lat, bądź wyjechał za granicę i nie dane mi było go spotkać). Dlatego nie zadawajcie mi głupich pytań typu: czy znam Szekspira, Dostojewskiego czy Szymborską... jakby nie patrzeć oni nie żyją. Znam ich twórczość, bo mówiono o nich w liceum, na studiach w mediach. 
Jednak jak powszechnie wiadomo najlepsze lektury dopadają nas za szkolnymi murami, kiedy to czytelnik czyta to co chce i nie musi poddawać treści powieści jakimś podstawowym analizom, do których przydatne będą internet i śmieciowe pomoce szkolne, których to jestem przeciwniczką odkąd pamiętam. 


Wróćmy jednak do Łukasza Gołębiewskiego, którego to miałam okazję poznać osobiście. A było to w czasach kiedy  pracowałam w księgarni. Munioza stawiła się na to spotkanie kompletnie nieprzygotowana (wstydzę się do dzisiaj). W natłoku obowiązków zawodowych i zajęć prywatnych nie miałam nawet chwili, aby zapoznać się z biografią autora, jego działalnością kulturalną, o promowanej w 2011 roku "Bombie w windzie" nie wspominając. Nic to. spotkanie było krótkie, a ja żałowałam, że ten pełen wdzięku i oryginalności mężczyzna musi jechać dalej. Muniozę (znaną ze swej nieśmiałości) aż korciło, aby podejść, zamienić kilka zdań. Rozmawialiśmy o literaturze rzecz jasna. Mnie zachwycał Mario Vargas Llosa a Łukasza Wiesław Myśliwski. Pamiętam to dokładnie, jakby to było wczoraj. Gołębiewski grzecznie się pożegnał i pojechał, ruszył dalej. A że naturę ma punkową tak jak ja...
Wiedziałam, że prędzej czy później jakoś go "znajdę". Czy to na koncercie, czy w trasie czy wybiorę się na jakieś spotkanie autorskie. 
Później z powodu życiowych perturbacji zupełnie zapomniałam o spotkaniu i publikacjach autora. Na studiach katowano mnie arcydziełami literatury staropolskiej. wiecie Bogurodzica i inne utwory wałkowane od postawówki. Prowadzący ćwiczenia sprawił, że moja miłość do literatury oziębła, zaś obrzydzenie do tego nadętego mężczyzny szczycącego się tytułem doktora jest tak wielkie, że gości w mym sercu po dziś dzień. Nie będę się rozwodzić nad wykładowcą, bo nie warto.
Pozdrawiam po punkowemu: środkowym palcem ;-)


Z gmachu Uniwersyteu przenoszę się myślami do Londynu i windy, gdzie poznaję Richarda Burtona. Postać niesłychanie zagadkową. Nasz bohater, z zawodu krytyk literacki, został uwięziony w szybie windy. Bez wody, bez jedzenia. Jak to się mówi w czarnej dupie. Pomimo swojego trudnego położenia Richard zdobywa się na pełną humoru podróż do przeszłości. Wspomina monotonię pracy dziennikarza, koncerty punk rockowe oraz kobiety, które to porządnie zawróciły mu w głowie. 
"Bomba w windzie" urzekła mnie od pierwszych stron. Zachwycałam się każdym zdaniem, aż nie chciałam, aby ta powieść się skończyła, jednak ciekawość nie pozwalała mi odłożyć jej na później. Gdybym miała w jakiś sposób zaznaczyć najciekawsze momenty i arcyważne cytaty bałabym się, że liczba karteczek zniszczyłaby całkowicie tę liczącą około 130 stron książeczkę . a tego byśmy przecież nie chcieli...

Bomba w windzie to cudowne połączenie powieści obyczajowej i sensacyjnej. Nie jest to powieść o umieraniu, lecz o życiu. Troski i zmartwienia Richarda są bliskie niejednemu z nas. To historia nieszczęśliwego samotnika poszukującego wrażeń.
Podziwiam Łukasza Gołębiewskiego za to, że na tak niewielu stronnicach zawarł wszystko, co lubię w książkach najbardziej. Mam tutaj na myśli ciekawą fabułę, która sprawiła, że mój mózg popracował na wyższych obrotach oraz żarty, które warto powtarzać w gronie znajomych. . Bomba w windzie, pochłonęła mnie totalnie. Tego mi było trzeba. 
Sztuką jest sprawić, że czytelnik zżywa się z głównym bohaterem tak bardzo, że ma ochotę płakać nad jego losem. Masa niejasności, zawirowań, niedopowiedzeń. Mistyfikacja totalna. A co jeśli Richard Burton nie istniał naprawdę? O co w tym wszystkim chodzi? Gdzie jest granica między światem rzeczywistym a fikcyjnym? Polecam tę książkę wszystkim, którzy narzekają na nudę i brak literackich doznań. Proza Łukasza Gołębiewskiego sprawiła, że kilka razy niebezpiecznie skoczyło mi ciśnienie. Jak to się w księgarni mawiało: "kawy nie trzeba pić". Ano nie trzeba. wystarczy dobra książka. tak niewiele, a tak wiele.

Zmęczenie daje o sobie znać. Dlatego też zakończenie będzie krótkie: czytajcie, bo warto. 
polecam, Ewelina Karpiuk 
Ja tymczasem biorę się za kolejną. pora na "Disorder i ja", ciekawe, czym mnie zaskoczy Gołębiewski.

Zagadką jest jak po trzech latach odnalazłam Łukasza? na pewno nie w warszawskiej ani londyńskiej windzie, nie na koncercie, ani w podróży. znalazłam go...

na fejsie. niech żyje Internet ! <3 




piątek, 4 kwietnia 2014

Wyznania nawróconej czytelniczki...

tytuł: Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki
autor: Mario Vargas Llosa
data wydania: 2007
liczba stron: 384
cena: 39,90








Wszystkie moje dotychczasowe spotkania z twórczością ubiegłorocznego noblisty kończyły się czytelniczym zawodem. “Raj tuż za rogiem” wynudził mnie niesamowicie, a każda strona była męczarnią dla oczu i umysłu. Do “Gawędziarza” podchodziłam dwa razy, po niespełna 100 stronach egzemplarz wracał na półkę. Książkę pt. “Kto zabił Palomina Molero” przeczytałam bez większych zarzutów, jednak lektura nie sprawiła mi większej przyjemności.

Z każdej strony słyszałam, że Llosa jest wspaniałym pisarzem, a jego powieści to współczesne literackie arcydzieła. Zastanawiałam się, co sprawia, że czytelnicy (również ci z kręgu moich znajomych) sięgają po jego pozycje z niebywałym zapałem, podczas, gdy ja nie mogę w nich znaleźć nic, co przypadałoby mi do gustu.
“Powinnaś przeczytać Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” słyszałam wielokrotnie. Niechętnie odpowiadałam, że nie wydaje mi się, aby czytanie kolejnej książki tego autora miałoby mi sprawić przyjemność. “Ta książka jest inna”, “musisz ją przeczytać” te i inne zachęty trafiały do moich uszu.
Gdy byłam przekonana, że potyczki z Llosą mam już za sobą, w mojej książkowej kolekcji niespodziewanie pojawiły się “Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. Ostatnia szansa - pomyślałam, poczym rozpoczęłam lekturę.
Przeczytałam ją za jednym podejściem i to bynajmniej nie dlatego, że jest to łatwa proza, którą czyta się w szybkim tempie. Skończyłam ją tego samego wieczoru, ponieważ od takiego pisarstwa nie można odejść, czytelnik nie będzie mógł normalnie funkcjonować, jeżeli nie pozna wszystkich stron tej tajemniczej i niewiarygodnej historii.

Głównym bohaterem powieści jest Ricardo. Mężczyzna przeciętnej urody, z zawodu tłumacz. Wiódłby spokojne życie gdyby pewnego dnia, będąc jeszcze młodym chłopcem nie poznał niegrzecznej dziewczynki. Jak ma na imię? Kim jest? Skąd pochodzi? Na te pytania Richardo będzie poszukiwał odpowiedzi przez blisko pięćdziesiąt lat. Wie jedno - niegrzeczna dziewczynka jest kobietą, którą pokochał od pierwszego wejrzenia i oddałby wszystko, aby móc z nią spędzić wszystkie swoje dni. Nie jest to jednak możliwe. Niegrzeczna dziewczynka potrafi opuścić Ricarda, gdy tylko nadarzy się okazja, aby uciec z dużo bogatszym mężczyzną. Podczas gdy nasz główny bohater usiłuje pogodzić się z utratą ukochanej kobiety, ta pojawia się w jego domu jak gdyby nic się nie stało.
Jeżeli istnieje piekło na ziemi to bezsprzecznie znalazł się w nim Ricardo. Dla niezbyt licznych chwil przyjemności będzie zmuszony znosić setki poniżeń, cierpień i rozczarowań. Niegrzeczna dziewczynka jest nieprzewidywalna i zdolna do wszystkiego, a jednocześnie potrafi doprowadzić Ricarda do szaleństwa.

W “Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki” spotykamy się z miłością, jednak zupełnie inną niż ta, którą widzimy w romansach i komediach romantycznych. U Llosy na próżno doszukiwać się dwójki młodych ludzi, wpadających na siebie na ulicy, którzy po dwóch miesiącach stają na ślubnym kobiercu a potem żyją długo i szczęśliwie. U peruwiańskiego mistrza prozy mamy do czynienia z miłością destruktywną, toksyczną, nieszczęśliwą. Niegrzeczna dziewczynka jest dla Ricarda swego rodzaju fatum. To ona decyduje o jego życiu, zniewala jego umysł i ciało. Nie ma sposobu, aby się od niej uwolnić. Każda próba ucieczki może być tragiczna w skutkach.

“Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” zachwyciły mnie z wielu powodów. Z pewnością nie starczyłoby mi czasu i miejsca, aby wymienić wszystkie z nich. Na pewno zmienił się mój stosunek do wcześniejszych książek Llosy, które zamierzam przeczytać jeszcze raz.

Sporym atutem powieści jest język, którym została napisana. Autor używa przepięknych pojęć i zdań. Urzekające opisy uczuć i przeżyć Ricarda sprawiają, że czytamy je z pełnym zaangażowaniem i uczuciowością. Llosa za pomocą słów rozbudza w nas empatię i dojrzałą emocjonalność.
Kolejną zaletą książki jest fabuła, która nie pozwala na odłożenie książki. Wszystkie wydarzenia rozgrywające się na kartach powieści budzą nasze zainteresowanie i ciekawość, a ponadto szokują i skłaniają do refleksji.

Czy można się zakochać w książkach? Myślę, że tak, ponieważ pokochałam tę powieść równie mocno jak Ricardo pokochał niegrzeczną dziewczynkę.

Takie książki tkwią w naszej pamięci przez wiele lat, do takich książek chce się wracać, o takich książkach chce się rozmawiać a przede wszystkim po takie książki pragnie się sięgać… a to chyba największy wyraz uznania dla autora.






czwartek, 6 marca 2014

Dziewczyny z Portofino

Przyjaźń jest bez wątpienia jedną z najpiękniejszych rzeczy, które mogą spotkać człowieka. Przyjaźń między kobietami jest wyjątkową a zarazem specyficzną relacją. Panie potrafią się nawzajem pocieszać, wysłuchać, ale też potrafią skrytykować i wygarnąć bolesną prawdę.. O tym przepięknym i zadziornym zjawisku opowiada książką Grażyny Plebanek pt. „Dziewczyny z Portofino”.

Poznajemy historię czterech kobiet, które znają się od czasów, kiedy największym ze zmartwień było to czy niebieska wstążka pasuje do czerwonego sweterka. Czas mija nieubłagalnie i nasze bohaterki zaczynają dorastać. Nieszczęśliwe miłości, rodzice nadużywający alkoholu, wybór studiów to tylko niektóre z problemów, z którymi muszą rozprawić się Agnieszka, Hanka, Beata i Mania.

Autorka, jak zapewnia nas na odwrocie książki, nie stworzyła historii o dziewczynach, które plotkują i spiskują za swoimi plecami. Chciała, aby jej bohaterki pomagały sobie nawzajem, a w przyszłości wyrosły na silne, mądre i samodzielne kobiety. Tak też było. Myślę, że czytając tę pozycję każda z nas znajdzie jakąś cząstkę siebie w którejś z postaci postaci wykreowanych przez Grażynę Plebanek.

Akcja powieści toczy się w Warszawie, w czasach, gdy w kraju panował ustrój komunistyczny. Skąd więc tytuł "Dziewczyny z PORTOFINO"? Myślę, że przywołanie nazwy ekskluzywnej włoskiej miejscowości ma na celu pokazanie, że nasze bohaterki, pomimo szarości nieodstępującej ich na krok, stworzyły swoje własne miejsce, w którym są szczęśliwe i nawet po najgorszych burzach wychodzi słońce.

Podsumowując, jest to poruszająca opowieść o przyjaźni, której (bez urazy panowie) zaznać mogą tylko kobiety. Polecam tę książkę wszystkim paniom niezależnie od wieku i życiowych doświadczeń. „Dziewczyny z Portofino” należą do tych książek, podczas czytania których zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z fikcją literacką, a z drugiej strony wiemy, że tego typu historie dzieją się obok nas. Wystarczy tylko dobrze się rozejrzeć.
Bardzo chętnie sięgnę po inne tytuły autorki.

Błękitny chłopiec

Z pewnością niejeden dorosły chciałby chociaż na chwilę wrócić do okresu dzieciństwa. Nie musiałby się martwić pracą, pieniędzmy czy nadmiarem obowiązków. Zamiast tego pojawiłyby się wesoła zabawa i chwile beztroski. Tak kojarzy się nam normalnie przebiegające dzieciństwo. Jednak losy dwunastoletniego Kirana Sharmy są bardziej skomplikowane.

Nasz główny bohater znacząco rózni się od młodzieńców w swoim wieku. Nie interesują go takie zajęcia jak wspinaczka po drzewach czy gra w koszykówkę. Zamiast tego woli uczęszczać na lekcje baletu. Kiran musi znosić szyderstwa ze strony kolegów i koleżanek, a ponadto nie ma nikogo z kim mógłby szczerze porozmawiać. Z żadnym z rodziców nie łączą go silne więzi.
Matka Kirana ma dwa życiowe cele: wydawać więcej pieniędzy i znaleźć synkowi żonę, która przypadnie JEJ do gustu i będzie JĄ szanować. Ojciec to typ zapracowanej głowy rodziny. Musi wiedzieć, na co jego żona wydaje ciężko zarobione pieniądze, a także jakie są ceny benzyny na poszczególnych stacjach.

Kiran uwielbia momenty, kiedy jest sam na piętrze. Może wtedy zamknąć się w idealnie białej łazience i oddawać się czynności, która sprawia mu niebywałą frajdę. Co dwunastoletni chłopczyk robi mając pewność , że drzwo są zamknięte na klucz? Używa kosmetyków swojej mamy. Wykonuje makijaż z kunsztowną dokładnością, oddając cześć produktom takim jak szminka, puder i maskara.
Ponadto Kiran uwielbia bawić się lalkami. Każdą ze swoich dam podziwia za coś innego, w każdej znajduje coś pięknego. Gdy ojciec wyrzuca jedną z nich do kosza na śmieci dla Kirana jest to równoznaczne ze stratą jakiejś części siebie.

Kiran nie ma przyjaciół. Jest jednak jeden chłopiec, który toleruje jego towarzystwo. Ich znajomość opiera się na wspólnym oglądaniu magazynów dla dorosłych. Bardzo podobały mi się fragmenty seksualnych analiz. Możemy spojrzeć na świat seksu, cycków i orgii oczami dwunastoletniego chłopca, który próbuje złożyć w jedną całość duszę i ciało.

Nasz bohater czuj się wyobcowany zarówno w szkole, w której spędza znaczną część swojego życia jak i we własnym domu. Świadomy swojej odmienności zaczyna dostrzegać u siebie cechy boga Kriszny, jednego z wcieleń hinduskiego boga zbawienia... Aby poznać więcej szczegółów z życia chłopca gorąco zapraszam do lektury.

"Błękitny chłopiec" to urocza opowieść o poszukiwaniu swojego JA, o poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie KIM JESTEM oraz o odmienności połączonej ze świadomością swojej nieprzeciętności. To książka, w której autor nie wstydzi się poruszać tematów na pierwszy rzut oka nieprzyzwoitych. Jak się im bliżej przyjrzymy możemy dostrzec ludzkie pragnienia, które z różnych przeczyn nie mogą wydostać się na zewnątrz, muszą pozostać w naszych umysłach.

Zapiski niewidomego taty

Opieka nad dzieckiem to zarazem najpiękniejsze i najtrudniejsze zadanie, jakie może spotkać rodziców. Z jednej strony to troska o małego człowieka, który jest dziełem miłości dwojga ludzi, z drugiej to ogromna odpowiedzialność. Ryan Knighton przekona się, że bycie tatą nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Zwłaszcza, gdy jest się niewidomym.

W "Zapiskach niewidomego taty" poznajemy historię Ryana I Tracy. To młode małżeństwo, które nauczyło się żyć z nieuleczalnym brakiem wzroku Ryana rozważa posiadanie potomstwa. Pojawiają się setki pytań i wątpliwości. Czy damy sobie radę? Czy to właściwy moment? A może to fatalny pomysł? Jednak miłość i determinacja zwyciężają i pewnego dnia Tracy oznajmia, że jest w ciąży. Nie słychać radości, a przyszła mama nie jest podrzucana do góry. Dlaczego? W domu państwa Knighton w dalszym ciągu goszczą strach i niepewność.
Miesiące mijają na wizytach u lekarza oraz rozmyślaniach o zmianach, które nastąpią w ich życiu po pojawieniu się maleństwa.

Wreszcie nadchodzi dzień porodu i na świat przychodzi Tess. Mała osóbka z wielką siłą. Nikt inny nie potrafi tak długo płakać czy wykręcać się podczas, gdy niewidomy tato próbuje zmienić jej pieluchę.
Od tej pory nic w życiu Knightonów nic nie jest takie jak przedtem.
Tych, którzy chcą poznać więcej szczegółów tej wzruszającej a zarazem niebanalnej i rozweselającej opowieści gorąco zapraszam do lektury.

Ja teraz chciałabym zwrócić uwagę na główne atuty tej publikacji. Pierwszym z nich jest optymistyczne podejście autora do swojego stanu zdrowia i otaczającego świata. We wszystkim potrafi dostrzec plusy, nawet, gdy za chwilę ma walnąć głową w słup.
Drugim atutem jest język książki. Jak widzimy w tytule mamy do czynienia z zapiskami. Całość jest więc napisana w szczery, osobisty i bardzo uczuciowy sposób.

Polecam tę książkę wszystkim. Tak... wiem, że to brzmi trywialnie i większość moich recenzji kończy się w ten sposób. Tym razem jest trochę inaczej. Chciałabym, aby ludzie zapoznali się z tą pozycją ponieważ jest bardzo wartościową lekturą, podczas czytania której donośny śmiech przeplata się z grymasem niedowierzania. Niestety (nawet w mojej księgarni) książka ginie wśród bestsellerów i innych promowanych książek. Na szczęście po przeczytaniu znalazłam dla niej bardziej widoczne miejsce.

Inne rozkosze

Jerzy Pilch, czyli jeden z najbardziej znanych polskich pisarzy. Laureat takich nagród jak Paszport "Polityki", Nike oraz nagrody Kościelickich. Ale oprócz tego Jerzy Pilch to mężczyzna, którego uwielbiam dosłownie za wszystko. Za jego bystre i pociągające spojrzenie, za refleksyjną prozę, za wypowiedzi odnośnie literatury, kobiet i wielu innych dobrodziejstw tego świata.

Po przeczytaniu książki "Spis cudzołożnic" wiedziałam, że sięgne po inne powieści tego pana. Niedawno do ksiegarń trafiły "Inne rozkosze" z wydawnictwa Wielka Litera (wcześniej ten tytuł został wydany przez Wydawnictwo a5, 2004 r). Tytuł moim zdaniem mylący, ponieważ nie o rozkoszach traktuje ta książka, lecz o nieprzemijającym smutku i o tym, jakie sytuacje mogą nastąpić, gdy w życiu mężczyzny jest więcej niż jedna ukochana.

Głównym bohaterem powyższej książki jest Paweł Kohoutek, weterynarz zamieszkujący w jednym z miateczek ziemi cieszyńskiej. Poza leczeniem zwierząt mężczyzna jest miłośnikiem kobiet. Jest żonaty od kilku lat, ponadtwo jest ojcem, a mimo to nie znajduje szczęścia w żadnej z tych ról. Kohoutek rozpaczliwie poszukuje pocieszenia w opartych na seksie relacjach z kobietami. Wszystkim swoim kochankom obiecuje dalekie podróże, cały wachlarz rozrywek, a nawet wspólne życie (które nigdy nie nastaje, ponieważ "odejście od żony nie jest takie proste").

Pewnego dnia jadąc autobusem zobaczył kobietę czytającą książkę. Bardzo mu się spodobała a trzymana w ręku książka stała się pretekstem do nawiązania rozmowy. Od zwykłego pytania "Co pani czyta"? napotkana kobieta z "nieznajomej z autobusu" zyskała status "altualnej kobiety" (to określenie zastępuje jej imię przez całość powieści). Paweł zakochuje się w owej czytelniczce, jednak jak wiadomo ma żonę i nie może z nią stworzyć poważnego związku.

Niespodziewanie do jego rodzinnego domu, który oprócz żony i dziecka zamieszkują również rodzice, dziadkowie, krewni oraz inni lokatorzy, przybywa jego "aktualna kobieta". Po jej przybyciu w domu Kohoutka zaczynają dziać się dziwne rzeczy...

Pilch za pomocą prostej, choć odrobinę komicznej i przerysowanej historii stworzył opowieść, podczas której czytelnik wybucha śmiechem by za moment popaść w gorzką zadumę. Ponadto jest napisana bardzo przystępnie i wspólnie z bohaterem odczuwamy jego emocje, próbując odnaleźć się w tej niecodziennej sytuacji.

Podsumowując, jest to lektura, po którą warto sięgnąć, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. "Inne rozkosze" sprawiły, że rozglądam się za kolejnym tytułem tego wspaniałego pisarza.

Pod mocnym aniołem



O tym, że zakochałam się w Jerzym Pilchu i jego twórczości wiedzą już chyba wszyscy. Czym mnie urzekł pisałam w poprzednim poście, więc aby się nie powtarzać od razu przejdę do oceny książki. Jest to powieść absolutnie cudowna, jedna z tych, które biorę do rąk i czytam bez przerwy. Jedna z tych, o których myślę, gdy zostaję od niej oderwana przez "uroki" dnia codziennego.

W powyższej książce Pilch pokazuje nam swoją duszę, swój literacki talent, który został doceniony przez jury Nike w 2001 roku.
"Pod mocnym aniołem" opowiada historię Jurusia, pisarza walczącego z nałogiem alkoholowym.Tytuł powieści jest zarazem nazwą jednej z knajp, która jest nagminnie odwiedzana przez naszego bohatera. To tutaj wypija kilka głębszych zanim chwiejnym krokiem postara się dotrzeć do domu. Czy jest to powieść autobiograficzna? Czy należy J. znanego nam z kart książki wiązać z osobą Jerzego Pilcha, pisarza urodzonego w Wiśle? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Powiem jedno - tylko osoba, która sama zmagała się z problemem alkoholowym mogłaby w tak realistyczny sposób opisać pijackie filozofie, omamy i lęki oraz ulgę, która towarzyszy kolejnym łykom gorzkiej żołądkowej lub brzoskwiniówki.

Oddział deliryków, czyli miejsce skąd J. wychodzi, myśląc, że poradzi sobie bez alkoholu, by po jakimś czasie znów spotkać się z doktorem Granadą, siostrą Violą i grupą podopiecznych obu płci, w każdym wieku, wykonujących odmienne zawody, których łączy jedno: PIJĄ.

Piją, gdy są szczęśliwi/Piją, gdy ich serce krwawią z rozpaczy.
Piją, bo chcą/Piją, bo nie chcą, ale nie są w stanie przestać.
Piją, bo sprawia im to przyjemność/Piją, bo tego nie cierpią.
Piją, bo są zakochani/Piją, bo ciągle poszukują ukochanej osoby.
Każdy z nich jest tutaj z tego samego powodu: PIJE a próby NIEPICIA kończą się fiaskiem.
Wśród alkoholików poznamy takie postacie jak Szymon Sama Dobroć, Król Cukru, Don Juan Ziobro i wielu innych nieszczęśliwców. Każdy ma jakąś historię, każdy ma sobie coś do zarzucenia.

Czy jest sposób, aby już nigdy nie sięgnąć po flaszkę? Czy jest sposób, aby rankiem nie kołysać się nad muszlą klozetową i spełnić obietnicę, że "to był ostatni raz"? Co się stanie, kiedy J. będzie musiał wybierać pomiędzy życiem alkoholika a kobietą i miłością do pisania. A może pod przykrywką elokwentnego pisarza kryje się bezduszny pijak, który mnóstwo pieniędzy wydał na alkohol i cielesne rozrywki a zapach własnych wymiotów jest mu bardziej znany niż zapach używanej od lat wody kolońskiej?

Zachęcam do przeczytania zarówno tych, którzy Pilcha znają jak i tych, którzy mają zamiar się z jego pisarstwem zapoznać. Zachęcam tych, którzy dostrzegają u siebie niebezpieczne zamiłowanie do kilku głębszych oraz tych, którzy uważają, że "ten problem zupełnie ich nie dotyczy". Naprawdę bardzo interesująca i nadwyraz osobista lektura.

Piąte dziecko

Posiadanie dzieci to najpiękniejsza rzecz, jaka może spotkać kochającą się parę. Najpierw oczekiwanie, podczas którego nie brakuje mdłości, huśtawki nastrojów i ogólnego zmęczenia. Później pełen bólu poród… Wszystko to odchodzi w zapomnienie, gdy maleństwo znajdzie się w naszych objęciach. Pokłady rodzicielskiej miłości zalewają otaczającą przestrzeń, a dla rodziców jest to chwila, która mogłaby trwać wiecznie. To dosyć popularny, wręcz oczywisty schemat znany z literatury, filmu no i przede wszystkim z życia. A co jeśli dziecka nie da się pokochać? Co jeśli rodzice nie mają do zaoferowania miłości, którą obdarzyli czwórkę poprzednich dzieci? No i w końcu co to za matka, która nie potrafi pokochać własnego syna? O tym zjawisku w bezprecedensowy sposób postanawia opowiedzieć brytyjska noblistka, Doris Lessing.

Dawid i Harriet poznali się na jednym z przyjęć służbowych. Oboje pod ścianą, z dala od odważnych tańców czy plotkowania wywołanego nadmierną ilością szampana. Już po pierwszej rozmowie wiedzieli, że będą razem. Jak to często w życiu bywa, para bierze ślub, kupuje ogromny dom, ona zachodzi w ciążę. Cudowne chwile trwają. Dawid pracuje, Harriet w stanie błogosławionym pozostaje w domu. Kobieta rodzi. Z pomocą w obowiązkach domowych i opiece nad maleństwem przybywa jej matka i inni członkowie rodziny… I tę sytuację powtarzamy jeszcze trzy razy i takim sposobem na koncie Dawida i Harriet znalazła się czwórka kochanych dzieci: Łukasz, Helenka, Paweł i Janeczka. Zmęczenie miesza się z euforią, płacz ze śmiechem, obojętność z troską, gościnność z docinkami. Jakoś dają radę, jakoś im się wiedzie. Kochają się, są szczęśliwi. Pewnego dnia Harriet oznajmia, że znowu jest w ciąży.

Ben sprawiał kłopoty będąc jeszcze w brzuchu matki. Kopał, rozrywał, sprawiał okropne bóle, dlatego też zdecydowano się wcześniej wywołać poród. Na świat przyszedł Ben – dziecko ogromnych rozmiarów, niewydające żadnych dźwięków, o niespotykanie żółtej skórze. „Jest zdrowy, wszystko z nim w porządku” – słyszą rodzice. Chłopczyk rośnie a w domu zaczynają dziać się wstrząsające rzeczy. Teraz strach miesza się z paniką, niechęć z obrzydzeniem, gniew z nienawiścią i brak miłości z osamotnieniem.

Wiele razy mówiłam, że nie gustuję w książkach łatwych i przyjemnych. Lubię jak boli, uwielbiam, gdy książka dotyka zła, łamie schematy. Cieszę się, że mogłam poznać prozę Doris Lessing, bo jej pisarstwo spełnia wszystkie te warunki.

wtorek, 25 lutego 2014

Bornholm, Bornholm



Pukam do drzwi, poczym wchodzę do pokoju. Odkładam książkę na miejsce i dziękuję właścicielce.
- Już przeczytałaś?
- Yhym...
- I jak?
- Póki co nie dam rady mówić. Jak się otrząsnę to opowiem...

Z tym tutułem zetknęłam się dwa lata temu. Zaczęłam czytać tę książkę, jednak z przyczyn technicznych (musiałam ją oddać) nie dane mi było skończyć. Od tamtej pory Hubert Klimko-Dobrzaniecki i jego genialna powieść chodzi za mną w myślach a ja wiedziałam, że kiedyś nadejdzie dzień, gdy przeczytam „Bornholm, Bornholm“ w całości. Cieszę się, że możemy obcować z tak poruszającą literaturą. Smutny jest tylko fakt, że Klimko-Dobrzaniecki jest niedoceniany przez polskich czytelników, nad czym sam bardzo ubolewa...

W powieści poznajemy historie dwóch mężczyzn. Jednym z nich jest Horst Bartlik, nauczyciel biologii, a prywatnie nieszczęśliwy mąż i ojciec. Najszczęśliwsze lata jego małżeństwa dawno minęły, o ile w ogóle istniały. Żona Horsta jest osobą zimną, surową, nieznoszącą sprzeciwu. Kobieta krytykuje wszystkie zamiary męża poczynając od budowy domku na drzewie a uprawianiu seksu kończąc. Horst latami znosi „dyktaturę“ swojej żony (przez nią sikał na siedząco i robił inne rzeczy, które odbierały mu męskość). Mężczyzna przez całe małżeństwo gromadzi w sobie żal i frustrację, aż pewnego razu nie wytrzymuje,postanawia powiedzieć DOSYĆ i zmienić swoje beznamiętne życie. W końcu nie jest taki stary a żona to nie jedyna kobieta na świecie. Ponadto w szkole, w której uczy zdarzyło się coś, czego Horst nie powinien zobaczyć.

Drugim bohaterem jest bezimienny młody mężczyzna, który zwraca się do leżącej w śpiączce matki. Dopiero teraz, gdy jego rodzicielka jest w takim a nie innym stanie może jej powiedzieć, o coma do niej żal. Gdyby kobieta była przytomna rozmowa kończyłaby się w przeciągu kilku minut, bo przez całe życie była głucha na jego uczucia, wszystko wiedziała najlepiej. To ona izolowała go od rówieśników, nie chciała słyszeć o posiadaniu zwierzaka, faszerowała go toną niepotrzebnych leków, których niepotrzebował i regularnie zakopywał w ogródku. Mężczyzna nigdy nie zapomni swoich urodzin. Ten dzień zawsze wyglądał tak samo. Matka kupowała tort i jakiś drogi prezent, który miał chłopcu wynagrodzić brak towarzystwa. Ten nie portafił się cieszyć z kolejnego zestawu klocków, bo jak wiadomo najlepiej się je układa z kolegami, a nie z mamą. W końcu kobieta zgadza się, aby syna odwiedziło dwóch kolegów (oczywiście MAKSYMALNIE dwóch i MAKSYMALNIE na godzinę). Pomimo tych warunków chłopiec jest w siódmym niebie. Wraz z kolegami bawia się w najlepsze, gdy nagle otwierają się drzwi i do pokoju wchodzi matka informując, że wystarczy na dziś. Goście sprzątają i szykują się do wyjścia, ale przedtem kobieta każe chłopcom pokazać kieszenie, żeby sprawdzić czy nie wynoszą klocków. Syn czerwieni się ze złości i traci kontakt z kolegami. „Robię to dla twojego dobra“ odpowiadała mu w takich chwilach matka. Ponadto „dla jego dobra“ nie pojawiała się na jego ślubach, nie pocieszała go po śmierci dzieci... Dla niej najlepszym stanem rzeczy byłoby, gdyby syn z nikim się nie wiązał i przez całe życie mogłaby mieć go tylko dla siebie.

„Bornholm, Bornholm“ boli, szokuje, sprawia, że mózg pracuje na wyższych obrotach. Pokazuje nieubłagalną przemijalność, ludzkie nieszczęścia trwające latami oraz jaki wpływ mają na nas chore relacje z bliskimi. Po tej książce musiałam przeczytać „coś lżejszego“,bo następna książka tego typu mogłaby wywołać nerwicę lub depresję... Przepiękna książka, którą polecam wszystkim.

Na południe od granicy, na zachód od słońca...

Od jakiegoś czasu zdarzało mi się mówić, że coraz bardziej ciągnie mnie do reportaży, biografii i szeroko pojmowanej literatury faktu. Po przeczytaniu powyższej książki zdecydowanie mogę powiedzieć, że powieści są moją największą literacką miłością i one pozwalają mojemu czytelniczemu „JA” oddychać.

Jak dotąd proza Murakamiego była mi obca. Na powyższą książkę trafiłam metodą „chybił trafił”, kiedy to w minutę musiałam sobie wybrać dwie powieści, które powędrują ze mną na weekend do domu. Po lekturze mogę śmiało powiedzieć, że był to szczęśliwy traf.
Głównym bohaterem powieści jest Hajime, którego poznajemy, gdy jest jeszcze dzieckiem. Ten chłopczyk znacząco różni się od swoich rówieśników. Zamiast gry w piłkę i wspinania się po drzewach Hajime wybiera czytanie w samotności lub słuchanie koncertów Liszta. Jedyną osobą, która może dopełnić tę ucztę melomana jest jego przyjaciółka Shimamoto. Będąc przy niej Hajime nie potrzebuje kolegów, a wspólnie spędzony czas to najlepsze wspomnienie, które pozostanie w pamięci głównego bohatera przez całe życie.

Hajime i Shimamoto dorastają i ich drogi się rozchodzą. Mężczyzna rozpoczyna naukę w college’u mieszczącym się poza rodzinnym miastem, przyjaciele tracą ze sobą kontakt. Hajime układa sobie życie. Zostaje mężem, ojcem dwóch córeczek, jest właścicielem dobrze prosperujących barów. W tym doskonale wyglądającym życiu brakuje mu Shimamoto, którą po wielu latach dostrzega w miejskim tłumie. Hajime postanawia śledzić przyjaciółkę z dawnych lat, co wywołuje ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń…

„Na południe od granicy, na zachód od słońca” to przepiękna, rwąca za gardło opowieść o miłości, która zdarza się tylko raz. Murakami w intrygujący sposób opisał cierpienia i rozterki mężczyzny, którego życie wydaje się innym idealne i pełne szczęścia.
Z wielką chęcią sięgnę po inne tytuły autora. Nie zdziwię się jak Murakami zawita do grona „moich ulubionych” pisarzy. Szanse są duże.

Bracia Sisters


Na początku opowiem Wam nie-bajkę… 
Nie tak wcale dawno, dawno temu, bo w 1996 roku powstało wydawnictwo jedyne w swoim rodzaju. Nie mieściło się za siedmioma górami ani też za siedmioma lasami. Swą siedzibę miało w kraju nad Wisłą nazwanym Polską, a dokładniej w Wołowcu. Owe wydawnictwo było wydawnictwem zaczarowanym, ponieważ wydawało tylko dobre książki. Nie marnowało papieru na marną literaturę kobiecą a moda na wampiry ominęła je szerokim łukiem. Słynęło z serii poruszających reportaży opisujących między innymi problemy Chin, Korei Północnej, stalinowskiej Rosji czy Polaków, którym system nie ma nic do zaoferowania. Oprócz wstrząsających zapisków z różnych stron świata wydawnictwo dawało czytelnikom ambitną, trudną i oryginalną prozę. Chyba już nie macie wątpliwości o którym wydawnictwie piszę? Zgadza się, chodzi o wydawnictwo CZARNE. Po ich książki sięgam z ogromnym entuzjazmem, ale też z ogromnymi oczekiwaniami. Do tej pory zawiodło mnie tylko raz (Solo - Rana Dasgupta).

Czy jestem miłośniczką westernów? Nie. Czy zwróciłabym uwagę na powieść, której akcja rozgrywa się w XX wieku na Dzikim Zachodzie? Nie. Czy książka „Bracia Sisters” wywarła na mnie duże wrażenie i pragnę ją polecić innym? Zdecydowanie TAK.

Głównymi bohaterami powieści są bracia Charlie i Eli, których można by określić mianem bandytów, gangsterów, łotrów czy masą gorszych słów. Braci Sisters poznajemy, gdy mają wykonać kolejne zlecenie, które najprościej mówiąc wiąże się z odszukaniem, zdobyciem niezbędnych informacji i zabójstwem niejakiego Warma. W tym momencie zaczyna się ich pełna niewiarygodnych wydarzeń wyprawa. Dowiemy się czy zbiry mają gołębie serce i co się dzieje, gdy wypiją za dużo alkoholu. Przejedziemy Dziki Zachód, gdzie poznamy nieszczęśników tego świata, którzy pomimo życiowych niepowodzeń wciąż czekają na lepsze jutro. Poszukamy odpowiedzi na pytanie czy żywot bandyty ma jakiś sens oraz kim jest poszukiwany człowiek oraz co go łączy z ich przyjacielem Morisem…

Czytając Braci Sisters doświadczyłam cudownej mieszanki emocji. Był śmiech (jedna z najzabawniejszych książek jakie czytałam), nie zabrakło wzruszeń, zdziwienia, melancholii, współczucia oraz złości. Niekwestionowanym plusem książki są inteligentne dialogi i barwne postacie, które nie są czytelnikowi obojętne.

Bardzo, ale to naprawdę bardzo chciałabym zobaczyć przygody braci Sisters na dużym ekranie. Powieść jest gotowym materiałem na film, który zdobyłby miliony wielbicieli.

Kilka słów na zakończenie? Czarne jak zwykle trzyma poziom a ja przeczytałam książkę, która mi się podobała – satysfakcja podwójna.

Wstręt do tulipanów

tytuł: Wstręt do tulipanów
autor: Richard Lourie
data wydania: maj 2013
liczba stron: 208
cena: 34,90










Uwielbiam tulipany. Uwielbiam ich kolor, kształt, gładkość płatków. Nie lubię dostawać kwiatów, jednak otrzymać tulipana to zupełnie inna sprawa. Jak można czuć do nich wstręt? Richard Lourie przekonał mnie, że można te kwiaty znienawidzić…

Człowiekiem, który nienawidzi tulipanów jest Joop. Starszego mężczyznę poznajemy podczas spotkania z młodszym bratem, Willemem. Rodzeństwo nie widziało się przez sześćdziesiąt lat. Są sobie obcy, a jednocześnie mają sobie wiele do opowiedzenia. Jednak mroczna historia, którą przyjdzie usłyszeć młodszemu mężczyźnie przerosła jego najśmielsze oczekiwania.

Bracia siadają nad szklaneczkami alkoholu i zaczynają rozmawiać. Opowieść snuta przez Joopa przenosi nas do czasu jego dzieciństwa. Poznajemy ojca, kucharza ‘głowę rodziny’, który potrafi dać chłopcu takie lanie, że ten nie jest w stanie normalnie chodzić. Joop bardzo potrzebuje jego miłości i akceptacji. Jest w stanie wytrzymać kolejne uderzenia bez stęknięcia, byle tylko udowodnić swoją siłę a ojciec był z niego dumny. Matka Joopa jest zajęta opieką nad bliźniętami, które niedawno przyszły na świat. Chłopak czuje się samotny, niedoceniany, niepotrzebny a co za tym idzie niekochany. Wkrótce do Amsterdamu wkroczyły wojska niemieckie. Brakuje wszystkiego. Jedzenia, ulubionego piwa ojca, przyborów toaletowych. Joop chcąc pomóc rodzinie zdobywa jedzenie, zarabia na ulicy wielokrotnie narażając się na niebezpieczeństwo. Wojna, naziści, Żydzi, strach po każdym pukaniu do drzwi, beznamiętne oczy matki, bezzębni nieszczęśnicy, trup na ulicy – to nie są odpowiednie wspomnienia dla młodego chłopca, lecz każdy dzień dostarcza mu tylko tego typu wrażeń. Z czasem sytuacja w domu się pogarsza. Gdy brakuje jedzenia rodzina musi oszukiwać głód cebulkami tulipanów, na dodatek ojciec podupada na zdrowiu. Rozpoczyna się walka o przetrwanie…

Doskonale znamy historię Anne Frank. Żydowskiej dziewczynki, która dwa lata ukrywała się z rodziną w Amsterdamie. W 1944 ktoś na nią doniósł i tym samym skazał rodzinę Franków na wywiezienie do obozu koncentracyjnego. Richard Lourie pozwolił poznać nam poznać tajemnicę śmierci Anne Frank. Donosicielem był nikt inny jak nasz bohater, uroczy chłopiec o imieniu Joop!

Książka mi się podobała. Ciekawa fabuła i jeszcze ciekawszy sposób jej przedstawienia sprawiły, że chętnie sięgnę po inne tytuły tego pana. Lubię tego typu powieści, gdzie nic nie jest oczywiste, o których można podyskutować. Mam jakieś dziwne przeczucia… Czyżbym zapoznała się z kolejną książką, na podstawie której powstanie poruszający film?

piątek, 31 stycznia 2014

Kobiety



tytuł: Kobietyautor: Charles Bukowski
data wydania: 2010
wydawnictwo: Noir Sur Blanc
liczba stron: 429

cena: 29,00 







Bukowski. Charles Bukowski. Amerykański pisarz znany prawie wszystkim miłośnikom literatury wszelakiej. Jedni znają go doskonale, od lat zaczytując się w jego powieściach. Inni, zaciekawieni opiniami czytelników i samą postacią autora dopiero po niego sięgają (tutaj umieszczam siebie). Myślę, że są też tacy, którym ta warta uwagi osobowość gdzieś umknęła, dlatego postaram się najlepiej jak potrafię nakłonić do przeczytania jego książki o bardzo szczególnym (ale jakże ogólnym) tytule „Kobiety”.

Bohaterem powieści jest pisarz Henry Chinaski, który jest alter-ego samego Bukowskiego. Poznajemy mężczyznę po pięćdziesiątce, przystojnego inaczej, któremu hektolitry wypitego piwa „wyrzeźbiły” okazały brzuch. Ponadto Henry upija się na umór, a ponad 300 dni w roku wita go ogromnym kacem. Nie obce są mu awantury, częsta zmiana partnerek i niemiłosierny bałagan w mieszkaniu. Wstawanie z łóżka przed 12 jest czymś abstrakcyjnym, a ludzi, którzy są w stanie wstać o 6 podejrzewa o problemy nerwowe. Zapytany dlaczego postanowił zostać pisarzem z sarkastycznym uśmiechem pełnym dumy odpowiada, że tylko tę pracę może połączyć ze swoim zamiłowaniem do alkoholu i wylegiwaniem się do południa. Wydawać by się mogło, że taki mężczyzna powinien działać na kobiety odpychająco. Nic bardziej mylnego! Płeć piękna uwielbia Chinaskiego. Panie piszą do niego imponującą liczbę listów, a niekiedy te odważniejsze wysyłają swoje zdjęcia czekając czy Henry zdecyduje się z nimi spotkać. Pisarz jest odwiedzany przez wielbicielki we własnym domu, zaczepiany na lotnisku czy w barze. Zwykła prośba o autograf po wieczorze autorskim może skończyć się erotycznym zbliżeniem. A Chinaskiemu jak najbardziej to odpowiada, ponieważ seks jest bardzo ważnym elementem jego egzystencji. Nasz bohater musi każdego dnia mierzyć się z wieloma problemami wynikającymi ze swojej natury. Jak nie skrzywdzić tego malutkiego aniołka a przy tym dać jej do zrozumienia, że już nigdy się nie zobaczymy. Co zrobić, aby wychodząc po jedną kobietę na lotnisko nie zakochać się w nogach innej? Czy jest jakaś nadzieja, aby po trwającym ponad pół wieku używaniu życia (i kobiet) wreszcie się ustatkować?

„Kobiety” nie są książkach o kobietach. Owszem, autor przedstawia w niej liczne romanse, swoje sympatie oraz przygody na jedną noc. Jednak nie o kobiety tu chodzi… W tej pozbawionej romantyzmu i ckliwości powieści Bukowski chce nam opisać troski człowieka myślącego, który każdego dnia walczy ze sprzecznościami zakorzenionymi w sobie oraz pokazać jak mało jest ciekawych ludzi, mimo iż wszyscy są przekonani o swojej wyjątkowości. Czy dobrze odebrałam jego intencje? Czy dobrze odpowiedziałabym na pytanie z serii „co autor miał na myśli”? Tego się raczej nie dowiemy. Wiem natomiast, że każdy odbierze te powieść inaczej, po swojemu. Dostrzeże coś, czego nie dostrzegają inni. A to jest przecież jedna z największych wartości obcowania z literaturą…

 Po przeczytaniu zakręciła mi się łza. Nie piszę tego, aby uczynić moją recenzję bardziej poruszającą. Po prostu zakręciła mi się jedna, szczera łza. Było mi smutno, że muszę się rozstać z Chinaskim. Tęsknię za jego mądrościami, za jego niektórymi kobietami. Za Henrym samym w sobie, z jego dziwactwami i podejściem do ludzi. No cóż… co jak co ale oczarowywać kobiety to on potrafił. Później wybieram się z Henrym do Hollywood a Wy moi drodzy, możecie mi tylko zazdrościć.

Zagubiony ptak - Jowita Kosiba

Z nazwiskiem autorki spotkałam się zupełnie przypadkiem, kiedy w moje ręce trafił fenomenalny ''Nokurn''. Intrygujaca akcja,...